28 czerwca 2015 r Rragami – prawie Maja Jezerces – Cerem

Generalne założenie tego wyjazdu było takie, że chcieliśmy zrobić treking wokół najwyższych szczytów, a jak się da to na jakieś szczyty wyjść. Ale jednak presja „zdobycia czegoś” była w nas naprawdę silna i z czasem jeszcze rosła. Po nieudanej próbie wejścia na niedobrego Staszka Kolasę (jak ochrzciliśmy Złą Kolatę) kusiła nas Maja Jezerce (2694 m n.p.m., w zależności od źródła 😉 ). Najwyższy szczyt Gór Przeklętych był blisko nas już na Qafa e Pejes (czyli na koniec dnia trzeciego). Nie znając jednak drogi nie zaryzykowaliśmy. Poza tym wówczas było późno… Co jakiś czas któryś z nas nieśmiało (bądź bardziej zdecydowanie) mówił „Idziemy na Maję”…

Po wylądowaniu w Rragami oprócz sposobu podgrzewania wody, radia na agregat słoneczny, braku telewizji, krów przechodzących przed spożywającymi posiłek i dokonujących bezpośrednio przy stole czynności odwrotnej do konsumpcji oraz tego, że zasięg komórkowy był na samym skraju poletka, gdy w odpowiednio człowiek się odkręcił i nie oddychał naszą uwagę zwróciło małe zdjęcie leżące obok lusterka wiszącego na drzewie i służącemu gospodarzowi do pomocy przy goleniu. Na zdjęciu byli Czesi wraz z naszym gospodarzem na szczycie Mai! Gdy gospodarz wrócił po zmroku, zaczepiliśmy go nieśmiało.. Gospodarz mówił z języków obcych trochę po serbsku, ale na szczęście dzieci już znały angielski i rozmowa o skali trudności drogi na szczyt zakończyła się wynegocjowaniem stawki za poprowadzenie nas na szczyt. Kładliśmy się spać cali rozochoceni i kuszeni perspektywą widoków z najwyższego szczytu Gór Przeklętych gdyby jeszcze nie jeden drobiazg…

Od kilku dni podeszwa w moich bucie nie chciała trzymać się podeszwy. Znaczy odklejała się… I już w drugim dniu wiedziałem, że te buty nie dotrwają do końca wyprawy, a w bagażu nie miałem żadnej rezerwy… Ale… Jakoś to będzie! Chyba… Pierwsza próba w Theth (które wyglądało jak wyglądało czyli znaleźć tam szewca jest równie prawdopodobne jak skuteczne poszukiwanie świątyni buddyjskiej np. w Białymstoku) oklejenia butów taśmą klejącą działała przez jakieś 2 km. Zatem problem istniał i się nasilał. Nasz gospodarz zapytany o buty spojrzał na nie i niczym McGyver stwierdził, że „no problem”. Siedziałem więc boso przy posiłku, a on wyszedł z domu z… dwoma gwoździami, młotkiem i obcęgami w ręku. Jak zaczął stukać i dziurawić moje jedyne buty bardzo skoncentrowałem się na jedzeniu i siedziałem tyłem do niego nie mogąc patrzeć. 😉 Starałem się nie myśleć wcale o tym, że w najgorszym przypadku zejdę na boso do Valbone, tam COŚ złapię i pojadę GDZIEŚ do miasta kupić JAKIEŚ buty i JAKOŚ wrócę do Plavu… Uwierzcie, że najadłem się 😀 A but? Trzyma do dzisiaj! (choć nie ryzykuję sprawdzania w mokrym 😉 )

Rano, najedzeni siedzimy i patrzymy na naszego gospodarza, który ma na sobie tenisówki, marynarkę i w ręku trzyma plecak, który bardziej przypomina nasze worki na w-f z lat 80-tych XX wieku. On patrzy na nas, my na niego i wzajemnie czekamy, kiedy będziemy gotowi. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że to jest ubranie trekingowe naszego przewodnika… Wobec tego wystartowaliśmy w trójkę. Jeden z nas stwierdził, że bardziej od szczytu cenić będzie wypoczynek w albańskiej wiosce 🙂

Gdyby ktoś pytał, to wg naszego gospodarza tu jest szlak

Gdyby ktoś pytał, to wg naszego gospodarza tu jest szlak

prokletije607

prokletije608

Pierwsze pół godziny drogi to powrót wczorajszą trasę by po wyjściu na polanę nasz gospodarz niespodziewanie skręcił na mocno pochyłe zbocze w gęsty las. Nie wiedzieliśmy, że w ten sposób nas testuje… Miał przy tym z nas niezły ubaw. Pędził 30 metrów po stromym zboczu, po czym skręcał 10 metrów w boku by znów uderzyć 50 m do góry i skręcić 10 metrów i tam odpoczywać w ukryciu czekając na nas. Szliśmy (a raczej człapaliśmy) za nim i gdy byliśmy zaledwie 15 metrów od niego stawaliśmy nie wiedząc ani gdzie dalej, ani gdzie on jest. W ten sposób jednak bardzo szybko zyskiwaliśmy wysokość i gdy wyszliśmy ponad las ukazała nam się cudowna panorama nie tylko szczytów, ale także widok na dolinę, w której nocowaliśmy. Po przejściu kilku niewielkich zboczy ukazała nam się długa zaśnieżona dolina. Byliśmy już na 2000 m, gdy szczyty były coraz szczelniej przykryte chmurami. Widoki ukazały się już typowo wysokogórskie, a jednocześnie patrzyliśmy z niepokojem w niebo… Roślinność się skończyła, a my weszliśmy na teren pokryty oderwanymi blokami skalnymi i dodatkowo przykryty śniegiem. Poruszając się przez lodowczyk podziwialiśmy grację z jaką po śniegu przemieszczają się trampki naszego przewodnika i zaczęliśmy się zastanawiać jak sobie poradzi bezpośrednio pod szczytem.

prokletije609

Niestety nie przekonaliśmy się… Gdy dochodziliśmy do wysokości 2200 m mżawka zaczęła zamieniać się w opady i to przechodzące w deszcz ze śniegiem. Ponieważ dostaliśmy mocno w kość zaczęliśmy się zastanawiać czy sobie wyżej poradzimy w tej pogodzie nie znając trasy. I determinacja tych, którzy chcieli iść dalej przegrała ze zmęczeniem wszystkich. Zawróciliśmy… Schodząc postanowiliśmy się nie schodzić, a… zjeżdżać na nogach. Śnieg miał jednak słaby poślizg, ale zawsze było szybciej. Szybko doszliśmy do początku stromego wąwozu. Tam nasz gospodarz zmienił trasę w stosunku do drogi do pierwszej drogi. Strome ściany nad nami wyglądały równie groźnie co zachwycająco. Zawiedzeni niepowodzeniem pocieszaliśmy się wysokogórskimi i dzikimi widokami, których nie doświadczylibyśmy aż w takim stopniu bez próby wejścia na M. Jezerce. Jak na złość (już po raz drugi) pogoda z nas zadrwiła. Zaczęło się przebijać słońce. Po kilku minutach przewodnik zarządza przerwę. Wyciąga z plecaczka chleb, ser oraz… pora, którego zaczyna jeść niczym Kaczor Donald kukurydzę. Po czym swoim profesjonalnym okiem nas mierząc stwierdza, że jeden z nas by sobie poradził, drugi – chyba, a trzeci – nie. Niech pozostanie nasza tajemnicą kogo jak ocenił, ale ten niedoceniony wyjątkowo się z taką oceną nie zgadzał 🙂

maja jezerces

prokletije611

Okazuje się, że w drogę powrotną on jest dwukrotnie szybszy niż na dół. I aby nie było za łatwo nagle wypatrzył w krzakach 3-metrowej długości drąg z rozgałęzieniami doskonale nadający się pod stóg i… przekłada go sobie przez ramię i zanosi go do domu. Nasz cudowny, stromy jar szybko sprowadza nas do wsi. Witamy Marka, szybko się pakujemy i obiecujemy sobie w Valbonie dobry posiłek w albańskiej restauracji.

prokletije613

prokletije612

prokletije618

Żegnamy się z żalem z gospodarzami i szeroką, kamienistą doliną rzeki (gdzie nie ma rzeki, a są za to mosty nad nieistniejącym korytem) pokonujemy dzielące nas 5 km. Po drodze wpadamy na pomysł by asfalt sobie ominąć poprzez znalezienie transportu. Dochodzimy do gigantycznej restauracji, przy której spotykamy więcej ludzi niż przez wszystkie dotychczasowe dni. Luksusowe drogie samochody w większości są na rejestracjach kosowskich.

W korycie rzeki

W korycie rzeki

Próbujemy negocjować ze stojącymi kierowcami busów, ale cena jest taka, że… Najpierw idziemy jeść. Zajmujemy jakiś wolny stolik na zewnątrz, a kelnerzy biegają między stolikami. Czy może być lepsza okazja do zarobku niż klienci z Zachodu? Widać może… Po kilku minutach zaczepiamy jednego z kelnerów ten coś mruczy po albańsku i… dalej obsługa nas ignoruje.

prokletije602

Duma narodowa wygrała z głodem i wróciliśmy na parking. Tam chodzimy od wozu do wozu, a cena nadal niesatysfakcjonująca… Wobec tego stwierdzamy, że idziemy i zobaczymy po drodze co dalej, a przy okazji w Valbonie zrobimy zakupy. Po przejściu kilkuset metrów brzegiem szosy dogania nas trąbiący kierowca. Cena niższa, ale nadal wysoka… No to po długich dyskusjach w końcu przystaliśmy na 35 euro za przejazd (łącznie). Kurczę, trochę dużo, ale oszczędzamy praktycznie cały dzień i nie mamy zbytniego wyboru.

Punktem docelowym jest wioska Cerem. Mijamy Valbone bez zatrzymania sądząc, że zakupy zrobimy w Cerem (oj, to był błąd…!). Widoki piękne, za zakrętem stawo krów na środku asfaltu, ostre hamowanie… I nagle okazuje się, że droga w lewo do Cerem to żaden asfalt, a stroma wąska i długa gruntówka. Po prawej ściana, po lewej przepaść i do tego zarośnięta. Pojazd kołysze nieprawdopodobnie, przecinamy jakieś potoki (mostki? A po co? :D), w szerszych miejscach mijanki dla jadących z przeciwka. Nawet w mitycznej Gruzji takich tras nie pamiętam… I już się nie dziwiliśmy dlaczego te negocjacje z kierowcami były takie twarde. Nie liczył się bowiem dystans, a amortyzacja marszrutki z powodu jakości drogi… Przyznajemy po dojeździe zgodnie, że cena była uczciwa…

Po długim podjeździe (8 km) doliną wyjeżdżamy na niewielkie rozszerzenie. W tle widać cudowny wodospad, 5 domów (i to już cała ta wieś, więc sklep…), a my zaczynamy zaglądać w zapasy żywności z niepokojem… Znajdujemy dobre miejsce na nocleg nad rzeką na polu okupowanym przez krowy.Po rozstawieniu namiotów jemy, a krowy podchodzą zaciekawione i nam niemal do talerzy i kuchenki z wrzątkiem zaglądają.

prokletije616

Rozpalamy jeszcze ognisko, a jeden z odważniejszych mieszkańców (reszta obserwuje z daleka) przychodzi porozmawiać z nami po włosku (którego nikt z nas nie zna) i po dyskusjach polityczno – historyczno – ekonomiczno – historycznych i długim siedzeniu w milczeniu, gdy już krowy postanowiły same odszukać oborę zasypiamy słuchając jeszcze bardzo poważnej polskiej audycji radiowej (nie na żywo). To był naprawdę bogaty we wrażenia dzień… Co będzie jutro? 🙂

prokletije617