Po pierwszym wypadzie z moją mamą do Rzymu wiadome było, że nie była to wyprawa ostatnia. W słynnych lipcowych promocjach Ryanaira udalo się zakupić dość atrakcyjne cenowo bilety Katowice – Londyn Stansted – Porto. w cenie odpowiednio 40 zł i 15 €. w wyniku pewnych perturbacji związanych z otwarciem bazy w Porto zmuszony byłem do zamiany jednego z odcinków lotu na lot Easyjetem z Lizbony do Londynu Gatwick. Zyskaliśmy przez to pół dnia, które mogliśmy przeznaczyć na pobieżne zwiedzanie Londynu.

25 – 26 listopada 2009
Pyrzowice – Stansted – Porto – Fatima Welterbe

Wyjazd rozpoczynamy z terminalu A na lotnisku w Pyrzowicach. Kontrola bezpieczeństwa bez zastrzeżeń, lot również jak wiele innych. Niebo pochmurne, dopiero nad wybrzeżem Wielkiej Brytanii zaczyna się przejaśniać. Na podejściu do lądowania całkiem niezłe widoki na oświetlone miasteczka. Po przejściu granicy brytyjskiej znajdujemy sobie miejsce tuż przy wyjściu z hali przylotów, i są to jedne z ostatnich wolnych ławek. Moja mama uparcie twierdzi że nie będzie się kładła (jest 22:00, lot do Porto o 7:00). I tak jej nie wierze, i po kolacji zapadam w drzemkę. Około 2:00 budzi nas sygnał alarmowy. Pojawia się policja i każe przemieścić się w inne miejsce. Znajdujemy nową miejscówkę dokładnie w drugim końcu budynku, moja mama łamie się w końcu i układa się do snu na ławkach. Do 7:00 rano śpimy nie niepokojeni. Odprawa bez kolejek i najmniejszych problemów i krótko przed 11:00 lądujemy na lotnisku w Porto. Niebo jest zachmurzone, temperatura około 13 stopni. Nie jest to więc cud jakiego oczekiwałem, ale i tak jest nieźle. Chyba tradycją wyprawową staje się, że automaty do biletów nie radzą sobie z moją kartą płatniczą, trzeba więc zaczerpnąć gotówki. Wsiadamy w długaśny tramwaj, szumnie nazywany metrem. Jakieś 80% naszej trasy biegnie na powierzchni ziemi, dopiero w samym centrum kilka głównych przystanków mieści się pod powierzchnią. Wysiadamy najpierw przy głównej stacji kolejowej, aby anulować w hostelu nocleg, który musieliśmy odwołać z powodu zmiany lotów. Stamtąd ruszamy na zwiedzanie. Ze stacji „metra” kierujemy się wpierw ostro w dół, wśród podniszczonych kamienic w stronę doliny Duero. Dochodzimy do jednego z zabytków z listy UNESCO, czyli nabrzeża Cais da Ribeira. klimatyczne kamienice są niezwykle urokliwe. Dochodzimy do Ponte Dom Luís I, który to most jest jednym z symboli Porto, zaprojektowany przez firmę Gustava Eiffla. Po nasyceniu się nadbrzeżną panoramą wsiadamy do windy, która wywozi nas z powrotem na poziom miasta. Nasze kroki kierujemy teraz do katedry. Z placu przed katedrą ukazuje się rozległy widok na centrum miasta. Wspinając się spacerowym krokiem na kolejne pagórki miasta, udajemy się powoli w poszukiwaniu dworca autobusowego. Okazuje się, że jest on schowany w bramie jednej z ulic. Co dziwne, na najpopularniejszej trasie z Porto do Lizbony wielkim rejsowym autokarem jedzie tylko pięć osób. W Fatimie czekają na nas już gospodarze, z którymi udajemy się na różaniec na plac przed bazyliką. Po zwiedzeniu nowej bazyliki udajemy się do domu położonego kilka kilometrów od centrum.

27 listopada 2009
Fatima – Tomar – Lizbona
Welterbe

Następny dzień rozpoczynam od podziwiania przez dłuższą chwilę widoku za oknem, przez które widać zamglone wzgórza z oddalonym o kilka kilometrów zamkiem w Ourem. Po śniadaniu wsiadamy w samochód, aby zwiedzić najpierw domki pastuszków, którym objawiała się Maryja, a następnie wracamy do sanktuarium. Po mszy i modlitwie wracamy na obiad. Następnie zostajemy odwiezieni do Tomar, gdzie znajduje się kolejny z zabytków z listy UNESCO – klasztor templariuszy. Setki opuszczonych korytarzy i krużganków tworzy niesamowite wrażenie. Można spacerować po nich godzinami. Dłuższą chwilę spędzamy na podziwianiu manuelińskich zdobień na murach kościoła. Spędzamy w klasztorze całe popołudnie. Wychodzimy niemal z godziną zamknięcia, i udajemy się w dół, do miasta, w stronę dworca kolejowego. Po zakupie biletów sadowimy się w pociągu osobowym, który ma nas zabrać do Lizbony. W Lizbonie wysiadamy na stacji Oriente, zbudowanej przy okazji wystawy światowej Expo. W tamtejszym centrum handlowym robimy zakupy, po czym metrem udajemy się na plac Rossio. Okazuje się, że nasz hostel mieści się przy jednej z gwarnych uliczek bezpośrednio przy placu. Korytarz hostelu jest nieco zaniedbany, lecz pokoje są naprawdę czyste i świeże. Podziwiamy przez okno przez chwilę gwar ulicy, po czym udajemy się na spoczynek.

28 listopada 2009
Lizbona – Sintra Welterbe Welterbe

Następnego dnia za oknem wita nas mleko. To znaczy mgła taka, że oko wykol. Ale nic nie jest nam w stanie wycieczki więc w niezłych humorach wyruszamy. Plac Rossio robi niesamowite wrażenie, mgła jest tak gęsta, że w ogóle nie widać odległych o kilkaset metrów zabudowań na leżącym powyżej Bairro Alto. Jak w bajce wyłaniają się powoli ruiny Convento do Carmo oraz szczyt Elevador de Santa Justa. Kierujemy się powoli w stronę wybrzeża. Niestety kolejny z reprezentacyjnych placów miasta – Praça do Comercio jest w remoncie i pomnik króla Józefa jest zasłonięty dwumetrowym ogrodzeniem. Szybko ruszamy więc w stronę informacji turystycznej by zaopatrzyć się w dwie sztuki Lisboa Card, które uprawniają nas do darmowego wstępu do kilkudziesięciu zabytków, a także bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską. W 2009 roku karta jednodniowa kosztowała 17 €. Wsiadamy w tramwaj, aby udać się w stronę Belem. Wizytę w tej jednej ze starszych dzielnic miasta rozpoczynamy od wizyty w… cukierni. Kilkaset metrów od klasztoru Hieronimitów znajduje się jedna z najsłynniejszych cukierni w mieście, sprzedających najsmaczniejszy symbol miasta – Pasteis de Belem, czyli babeczki z kremem, posypane obficie cynamonem. Akurat trafiamy na niewielką, kilkuosobową kolejkę. Delektujemy się przysmakiem, po czym ruszamy w stronę widocznej kremowej (a jakże!) fasady klasztoru Mosteiro dos Jeronimos. Zabytek ten znajduje się na liście zabytków UNESCO. Do środka dostajemy się pomimo wielkiej kolejki, za okazaniem naszych kart. Zaraz po wejściu wchodzimy na przepiękny dziedziniec. Już wiemy dlaczego w każdym przewodniku można przeczytać, że klasztor jest jednym z najwybitniejszych zabytków zbudowanych w stylu manuelińskim. Gotyckie arkady, misternie rzeźbione w morskie wzory, pełne wodorostów i postaci morskich głębin robią niesamowite wrażenie. Psują to wrażenie nieco tłumy turystów, ale cóż. Po dłuższej chwili kontemplacji udajemy się do przylegającej katedry. schody prowadzą na cór, skąd można podziwiać cały ogrom kościoła. Co ciekawe, kościół nie jest wyłączony ze zwiedzania mimo trwającego na dole…. pogrzebu. Dziwne uczucie. dokładne zwiedzenie całego kompleksu zajmuje nam dobre półtorej godziny. Spacerem udajemy się na nabrzeże, po drodze racząc się pieczonymi kasztanami. Dochodzimy do pomnika Odkrywców, podziwiamy panoramę ujścia Tagu i wyłaniającym się z mgły mostem 25. Lipca, a następnie nabrzeżem idziemy w kierunku oddalonej o kilkaset metrów wieży Belem. Wieża pierwotnie miała znaczenie militarne – strzegła wejścia do portu, a teraz jest jednym z charakterystycznych miejsc Lizbony, tym ważniejszy, że jednym z niewielu, który przetrwał trzęsienie ziemi z 1755 roku. Od wieży próbujemy się przebić w stronę kolejki kursującej w stronę Cascais, ale kiepsko nam to wychodzi i kilkanaście minut wędrujemy w mało ciekawej portowo – przemysłowej dzielnicy. Przy okazji zwiedzamy coś w rodzaju pomnika nieznanego żołnierza. Biegiem łapiemy kolejkę, i po kilkunastominutowej podróży meldujemy się w Cascais. Tam przesiadka na autobus miejski, i po kolejnych 20 minutach jesteśmy w miejscu, skąd nie ma możliwości dostać się bardziej na zachód w Europie – czyli Cabo da Roca. Przyznaję, jest zupełnie inne wrażenie, gdy dociera się tu autobusem, niż po miesięcznej podróży rowerem, ale dla moje mamy jest to niezapomniane przeżycie. Po godzinie zachwytu nad oceanem zlewającym się z niebem wsiadamy do kolejnego autobusu, który jedzie dalej, do Sintry. do zmroku jest jeszcze parę godzin, więc udajemy się do Palácio Nacional de Sintra. do zamknięcia została mniej niż godzina, więc robimy szybki spacer po komnatach. Zabytek nie jest zachwycający, jednak jest zupełnie darmowy za pomocą naszej magicznej karty. Zapada zmrok. Spacerujemy jeszcze chwilę po zaułkach starego miasta w Sintrze, po czym udajemy się na dworzec. Karta upoważnia nas również do darmowego powrotu do Lizbony koleją. Wysiadamy na stacji Rossio. Różnica poziomów powoduje,, że perony znajdują się na pierwszym piętrze dworca. Schodzimy na dół i znajdujemy się ponownie na ruchliwym placu Rossio. Po kolacji i odświeżeniu mamy jednak chyba mało wrażeń, bo ruszamy na wieczorny spacer. Naszym celem jest tym razem Bairro Alto. Za pomocą Elevador de Santa Justa pokonujemy różnię poziomów jaki dzieli Baixę od Bairro Alto, i już po chwili podziwiamy panoramę nocnej Lizbony, z oddalonym na sąsiednim wzgórzu zamkiem Sao Jorge. Przechodzimy przez kilka pięknie oświetlonych placów do kolejnego z Miradouros, czyli punktów widokowych. Stamtąd zjeżdżamy za pomocą kolejnej zabytkowej kolejki na dolny poziom miasta. Po emocjonującym dniu ruszamy na spoczynek.

29 listopada 2009
Lizbona – Londyn

Ostatni dzień w Portugalii. Rozpoczynamy od niedzielnej mszy św. Po śniadaniu ruszamy na podbój Alfamy, w planach mamy także zwiedzenie nowoczesnej części miasta – Parque das Naçoes, czyli części powstałej na wystawę Expo 1998. Jeśli mówimy o Alfamie – nie możemy zapomnieć o przejażdżce swoistym lizbońskim rollercoasterem – czyli tramwajem nr 28. Na placu skąd odjeżdża tramwaj na przystanku stoi już długa kolejka. Wszyscy się jednak mieszczą. Ruszamy. Tramwaj wspina się wąziutkimi uliczkami Alfamy z dużą prędkością. Zatrzymujemy się przy katedrze. Jej ogromna, romańska bryła robi jest przytaczająca. grube mury pamiętają chrzest świętego, który niby z Padwy – a tak naprawdę pochodził z Lizbony – antoniego. Jego postać upamiętnia muzeum, które mieści się nico poniżej. Z katedry podjeżdżamy tramwajem do Miradouro de Santa Lucia, jednego z najbardziej znanych punktów widokowych Lizbony. spędzamy dobre kilka minut podziwiając pomarańczowe dachy kamienic, Tag i odległe na przeciwległych wzgórzach białe kopuły kościołów. Następnie wspinamy się w stronę zamku św. Jerzego. Po zakupie pamiątek dłuższą chwilę błąkamy się po uliczkach Alfamy, szczerze nie mogąc znaleźć zejścia w dół. Po chwili nam się to udaje. Wsiadamy znów w tramwaj, by przez kolejną ze starych dzielnic – Graça powrócić do współczesnej części miasta. Kierując się przez park w stronę pomnika Markiza de Pombal – budowniczego Lizbony po trzęsieniu ziemi w 1755 roku, zostajemy zaczepieni przez niezwykle grzecznego policjanta, który pyta nas (!) czy nie potrzebujemy pomocy, po czym zaprasza nas(!!!!!) na mający się odbyć o 20:00 pokaz sztucznych ogni związany z inauguracją sezonu świątecznego. Szczęka opada. Kierujemy się do metra, i dojeżdżamy znów do stacji Oriente, gdzie zaczynają się tereny Expo. Oczywiście moja mama dostrzega od razu kompleks kilkunastu dużych skwerów z roślinnością pochodzącą z różnych krajów, które były obecna na wystawie. Wśród roślinek spędzamy dłuższą chwilę. Ostatnie chwile przed odlotem spędzamy na nabrzeżu podziwiając most Vasco da Gamy.

Teraz musimy się dostać na lotnisko. Oczywiście nie chcemy jechać linią lotniskową, która jest dwukrotnie droższa od zwykłego miejskiego autobusu, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić, po dłuższej chwili poszukiwań na wielkim dworcu nie udaje się nam znaleźć właściwego przystanku, i zrezygnowani udajemy się aerobusem w kierunku lotniska. Dopiero jadąc widzę, ze właściwy autobus odjeżdża z bocznego przystanku ulokowanego przy ulicy. Na lotnisku małe zdenerwowanie wzbudza fakt, że na tablicy pomimo dwóch godzin do naszego Easy jeta widnieje napis „Boarding”. WTF? Na dodatek kolejka do kontroli bezpieczeństwa wygląda na jakieś pół godziny stania. Po przejściu przez kontrolę okazuje się, ze to była oczywista pomyłka. Zakupy, po czym dochodzimy do swojego gate’a. Obsługa ustawia nas grupami, po czym prosi o ustawienie się w kolejkę osób, które odprawiały się online w celu wydania zwykłych kart pokładowych. Nasz samolot przylatuje z minimalnym opóźnieniem, deboarding przy naszej bramce przez rękaw, i wchodzimy. w środku jest jakby więcej miejsca niż w samolotach Ryana. Zwraca uwagę też dużo wyższa średnia wieku cabin crew. Na szczęście reklamy i sprzedaż są mniej nachalne niż w Ryanie, wiec jest chwila na sen. Lądujemy w GTW punktualnie. Zaczynamy szybki spacer na zarezerwowanego Easybusa, ale korytarze Gatwick zdają się nie mieć końca, więc ostatecznie nie zdążamy na wyznaczoną godzinę. Na szczęście, mimo tego że jest po 23:00 za 20 minut jest następny. Kierowca patrząc na nasze bilety wita nas:O, a to gdzie państwo włóczyli się w weekend?” sympatycznie porozmawiać z rodakiem. O 23:50 meldujemy się na Fulham Broadway. Jestem pod wrażeniem organizacji. Na tablicy przy wejściu do metra stoi tablica, gdzie kredą pracownik wpisuje godziny odjazdów ostatnich pociągów metra. Dla pewności dopytuję jeszcze policjanta czy to właściwy kierunek. Jejku, jak ja lubię słuchać oryginalnej angielskiej wymowy 🙂 Kilka minut po północy znajdujemy się na miejscu naszego noclegu.

30 listopada 2009
Londyn – Pyrzowice

Londyński ranek wita nas typową londyńską pogodą. Leje i jest przenikliwie zimno. Na szczęście do momentu wyjścia z domu pogoda nieco się poprawia. Mamy jakieś 4 godziny – więc w planach mam tylko krótką trasę aby zobaczyć najważniejsze zabytki. Najpierw jedziemy w okolice Tower, od Tower Bridge krótki spacer nabrzeżem, a następnie wracamy w okolice Big Bena. Oglądamy Parlament i Opactwo Westminsterskie, a spacer kończymy na Trafalgar Square, gdzie udaje nam się godzinę spędzić w National Gallery. Ale wszystko co dobre szybko się kończy, udajemy się więc w stronę Victorii i wsiadamy do Easybusa. Po półtorej godzinie meldujemy się na Stansted. Wszystko idzie zgodnie z planem, samolot minimalnie opóźniony. Jak przy każdym locie w ostatnich miesiącach, bagaż podręczny jest skrupulatnie mierzony przy gate. Lot bez sensacji, trasa dobrze znana. W godzinach wieczornych znajdujemy się w Pyrzowicach, i ten sposób kończy się kolejna wyprawa.