Wycieczka na tzw. wariata. Byly bilety po 1€/4zł, to trzeba kupować 😉 Wycieczka do Trapani kosztowała mnie 16 zł. Trochę męcząco (2 nocki na lotnisku jedna po drugiej), ale warto było.

10 – 11  listopada 2009
Pyrzowice – Bolonia – Trapani

Podwoda na lotnisko w postaci samochodu, więc wygodnie. Na tyle wygodnie, że przysypia nasza czujność, i na lotnisku pojawiam się 40 minut przed odlotem. Na szczęście nie ma kolejek do kontroli bezpieczeństwa, więc dobiegam do gate’u dokładnie w momencie gdy zaczyna się wpuszczanie do samolotu. W samolocie, jako ciekawostka okazuje się, że cabin crew stanowi czterech panów – dwóch Włochów i dwóch Polaków, przy czym jeden z Polaków ma wyraźne zacięcia wodzirejskie. Gromko wita pasażerów, po czym każe podnieść ręce wszystkim Polakom, a na sam koniec każe bić brawo osobie, która po raz pierwszy leci samolotem. Miło i przyjemnie. Wśród śmiechów podróż mija bardzo przyjemnie. Wysiadamy jak zwykle w przypadku Ryana jakieś 30 minut przed czasem przylotu. Lotnisko jest bardzo długie. Na pierwszym pietrze znajduję jedyną ławeczkę, w której nie ma oparć między siedzeniami, jem kolację i idę spać. Rano lot jest dość wcześnie, przed 7:00, więc większość czasu przesypiam. Budzę się gdy widać już brzegi Sycylii. Przy podejściu do lądowania robimy duże koło, więc widać dokładnie lotnisko Birgi na którym będziemy lądować. Lotnisko jest bardzo małe, na płycie stoi jedynie mały samolot, który kursuje do pobliskiej wyspy Pantellerii. terminal jest niemal miniaturowy. Pogoda jest słoneczna, jest jednak chłodno, w końcu jest 8 rano. Na szczęście autobus przyjeżdża bardzo szybko. Po półgodzinnej jeździe wysiadam na nabrzeżu portowym w Trapani. Ruszam na zwiedzanie. Trapani jest bardzo klimatyczne, stare miasto jest położone na cyplu daleko wychodzącym w morze. Cypel zakończony jest ładną wieżą. Przez dłuższą chwilę przyglądam się tu wzburzonemu morzu. Potem wędruję wzdłuż wybrzeża, by zakończyć spacer na starówce. Późnym popołudniem wsiadam do autobusu, który zawozi mnie z powrotem na maleńkie lotnisko. Oczekiwanie na lot jest kameralne, jesteśmy ostatnim lotem odlatującym wieczorem z lotniska. Z ciekawością patrzę, jak pracownik obsługi lotniska niesie pod pachą wielką plastikową tablicę z napisem „Bologna” i wkłada ją w ramkę przy moim gate. Dopiero teraz dostrzegam – fakt, przecież tutaj nie ma elektronicznych wyświetlaczy 🙂 Przy 10 kursach dziennie i i paru gate’ach, nie są jednak potrzebne. Lot powrotny również spokojny, po 22 melduję się w Bolonii i zajmuję znalezioną wczoraj miejscówkę.

12 listopad 2009
Bolonia – Pyrzowice

Wczesnym rankiem rozglądam się nad alternatywą dla drogiego aerobusu. Okazuje się, że jedyny autobus miejski jedzie dokładnie w przeciwnym kierunku niż centrum. Jednak bilet ważny jest godzinę, a kilka pierwszych przystanków wiedzie w stronę centrum. Wsiadam więc, licząc że może coś się uda znaleźć. Wysiadam na ostatnim możliwym przystanku, który jest mi po drodze, i nie mija minuta, gdy na ten sam przystanek podjeżdża autobus w kierunku.. centrum. Dojeżdżam więc aż do samego dworca kolejowego. Ruszam w stronę centrum. Po obu stronach głównej ulicy piętrzą się dumne kamienice uniwersyteckiego miasta. Dochodzę na Piazza Maggiore, siadam na schodach i dłuższą chwilę grzeję się w słońcu, oglądając budynki stojące przy placu. Wchodzę do stojącej w południowej części placu bazyliki San Petronio. Fasada jest bardzo interesująca, dolna część jest zdobiona i jasna, natomiast górna jest zbudowana z cegły bez żadnych ozdób, zupełnie jakby dobudowano ją w całkowicie innym stylu. Najciekawszym zabytkiem wewnątrz bazyliki jest zegar słoneczny. Przez cała bazylikę skośnie w posadzce wyryta jest linia symbolizująca południk przebiegający w tym miejscu. Przez szczelinę w dachu sączy się nań promień słoneczny, który pada na zaznaczone w posadzce odpowiednie miejsca oznaczające kolejne pory roku.

Tuż za Piazza Maggiore zaczyna się dzielnica uniwersytecka. Spaceruję dłuższy czas, przeciskając się między straganami pełnymi warzyw i owoców. Idąc w stronę kościołów San Stefano mijam wysokie wieże, które przypominają żywcem te znajdujące się w San Gimignano. Sam kompleks San Stefano to niegdyś siedem, dzisiaj cztery kościoły, między którymi przechodzi się wewnątrz. Na dziedzińcu jednego z nich znajduje się misa, w której według legendy umył ręce Piłat w czasie skazywania Chrystusa. Wracając do centrum wstępuję do jednego z barów na pyszna pizzę. Wracam powoli na lotnisko, tym razem jednak ostatni odcinek kilku przystanków pokonując pieszo. Podróż powrotna przebiega bez żadnych zakłóceń, po raz czwarty w czasie tych trzech dni lecę tym samym Boeingiem EI-EFF. z okien tym razem mogę podziwiać Lagunę Wenecką, i przyprószone już śniegiem czubki Alp. Pierwszy raz udaje mi się również sfotografować lecący pod nami samolot. W deszczowych Pyrzowicach czeka już na mnie samochód, i tak kończy się ta wycieczka.