Dzień 1, 23 czerwca 2015 r. Plav – Vrh Bora.

Po długiej drodze, krótkich kajakach i wygodnym noclegu z jednej strony jest nas ogromna chęć i determinacja by zobaczyć wreszcie te góry „od środka” i wystartować, a z drugiej odczuwamy rozleniwienie… 😉 No, ale nie po to tu przyjechaliśmy! Panowie, zbieramy się 🙂 Po śniadaniu i spakowaniu się żegnamy się z Marcinem i wszystkie plecaki oraz troje z nas jadą do najdalej położonego dostępnego miejsca na asfaltowym szlaku by potem Łukasz odstawił samochód z resztą bagaży i pieszo przejść przez Plav, dołączyć do podwiezionych i skończyć piknik… Zakładamy plecaki i droga od razu stromo rusza w górę.

prokletije1003

Słońce świeci mocno, po prawej stronie ukazuje nam się cała dolina Ljucy. A że z każdym krokiem jesteśmy wyżej i perspektywa się zmienia to ten cudowny widok nas napędza, więc idziemy dalej. Jednak lekka niepewność przed wielkimi i wciąż odległymi górami (najwyższych szczytów dalej nie widać) nas chyba wszystkim nam się udziela to po wyprzedzeniu trzech małych dziewczynek wyprowadzających krowę zaczynamy sobie podśpiewywać „Domowe Przedszkole”, „Smerfy” i inne hity typu „Gumisie”, gdy z naprzeciwka ukazuje się turysta. Milkniemy, ale on chyba nas słyszał bo mijając się na nasze „hi” odpowiada „cześć”. 🙂 To był jedyny Polak, którego spotkaliśmy podczas całej wyprawy przez Góry Przeklęte… A że pokonał mniej – więcej taką trasę jak my (w przeciwnym kierunku) to zarażeni jego optymizmem idziemy dalej. Wymieniamy kilka zdań na temat trasy, i dowiadujemy się, że w dniu dzisiejszym raczej nie ma szans na to, aby iść trasą jak po sznurku, bo oznakowanie jest tragiczne. Jeszcze krótka wymiana zdań z pasterzem, którego język czarnogórski jest chyba już albańskim i wychodzimy z pasma krzewów i jarzębin do typowego boru. Po lewej stronie mijamy na terenie prywatnym, za płotem piękne, zabudowane źródełko. Urządzamy więc krótki postój zjadając jeszcze jakieś owoce. Przed wyprawą czytaliśmy, że w tych górach jest mało wody i każdą okazję do jej uzupełnienia należy wykorzystać. Teraz możemy stwierdzić, że codziennie kilka takich okazji jest, więc nie było tak źle jak się spodziewaliśmy, ale jednak rzeczywiście góry są relatywnie „suche”.

prokletije1004

Idziemy dalej… Jeszcze musimy raz ustąpić samotnym krowom idącym z przeciwka (kto był w Gruzji, ten zrozumie 😉 ) i wkrótce dogania nas terenowy jeep (chyba starszy od większości z nas, marka nieznana 😉 ) z odkrytą przyczepką, w której musiały wcześniej jechać jakieś krowy lub świnie. Jak on po tej stromiźnie jedzie to pojęcia nie mamy, ale na propozycję podwózki przystajemy niezwykle chętnie. A że nie wszyscy się zmieściliśmy w środku to jeden z nas z chęcią idzie pilnować plecaki do przyczepy 🙂 Niestety, podjeżdżamy może kilometr czy półtora, ale jednak dla nas to dużo. I to był ostatni człowiek spotkany tego dnia.

prokletije

Samochód pojechał w lewo, my w prawo… Ścieżka (bo już nie droga) robi się węższa, a nachylenie terenu wynosi chyba z 30 – 40 %. Piękne wysokie drzewa… I już widzimy, jak piętra roślinności różnią się w porównaniu do Polski. W końcu jesteśmy przeszło 1000 km dalej na południe. Idziemy bardziej „na czuja” czy z mapy (tej drukowanej i ściągniętej) niż po znakach. Te są w bardzo ciekawych miejscach ustawione ze zdecydowanie niewystarczającą częstotliwością. I tak jak później się przekonujemy wszystkie szlaki są czerwone. Także na skrzyżowaniach dróg 😀 I właśnie te znaki powodują, że na szczyt Bora ostatecznie nie weszliśmy mijając go z boku. Wychodzimy na piękną polanę położoną w kotlinie. Wedle map mamy iść w prawo (chyba…), ale szlak bardziej wygląda jakby szedł w lewo.

prokletije1006

Chwila odpoczynku

Chwila odpoczynku

Przedzieramy się w prawo, na zachód stromym podejściem bez żadnej ścieżki przez gęsty las. Wychodzimy granią do przełęczy i… nigdzie nie widać drogi na szczyt. Po krótkiej i burzliwej dyskusji decyzja. Schodzimy z powrotem na polanę i zobaczymy jak wygląda widok z drugiej grani po drugiej stronie doliny. Schodzimy błyskiem, wchodzimy mniej błyskiem… Te 2x kg plecach zaczyna uwierać (u mnie x =4…). Piękny widok i zmęczenie powoduje, że dajemy sobie więcej czasu na relaks. Potem jeszcze więcej… Słońce niebezpiecznie się obniża, więc trzeba się ruszać jednak. Idziemy wschodnim zboczem tej góry, na którą mieliśmy wejść i widzimy po drodze uciekającego przed nami lisa.

Ładna polana na wysokości ok. 1850 – 1900 m przed nami wygląda zachęcająco. Obok płynie potok, więc zrzucamy klamoty i zabieramy się za rozbicie namiotów i obiecujemy sobie ognisko. Jednak po zachodzie robi się chłodno i szybko uciekamy do namiotów.

Na biwaku

Nasz biwak

Zasypiam szybko, ale ok. 2.00 budzi nas Łukasz (chłopie, czego chcesz, o takiej porze?!) i każe nam wystawić głowy na ten ziąb (ale po co?!). Zmuszeni jednak to robimy i… oniemieliśmy. Tego co zobaczyliśmy żadne zdjęcie nie odda, ale ponoć oko ludzkie jest w stanie na niebie dostrzec 3000 gwiazd. W takim razie tam było ich chyba z 5000 🙂 Cudowne rozgwieżdżone niebo w miejscu, gdzie do najbliższego człowieka będzie pewnie z 5 km (przynajmniej!), a do jakiejś miejscowości – drugie tyle! Chciało się siedzieć i podziwiać, ale rano trzeba być zregenerowanym… Jednak świadomość takiego noclegu na takiej wysokości, pod namiotem rekompensuje wszystkie trudy tego dnia.