Po zapoznaniu się z stolicą chcieliśmy ruszyć na zwiedzanie okolic, oczywiście nie kupując wycieczki zorganizowanej. Ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. Informacje o tym, jak dojechać do Qobustan w internecie były bardzo nikłe, i na dodatek sprzed paru lat.

Stwierdziliśmy ze jakoś to będzie, i ruszyliśmy w drogę. Zgodnie z instrukcjami dotarliśmy na przystanek 20. Sahә, i rozpoczęliśmy poszukiwania autobusu o numerze 195.

Po odgonieniu 1523 taksówkarzy zaczęliśmy wątpić, że mityczny 195 zatrzymuje się tutaj, ba, że w ogóle istnieje. Z krótkiej rozmowy z kierowcą marszrutki wynikało, że autobus ten odjeżdża dopiero z kolejnego dworca autobusowego, znajdującego się gdzieś daleko daleko za mostem. Wsiadamy do kolejnego busa, mijamy most, już widzimy z okien stojące na dworcu 195, już witamy się z gąską… gdy tuż po wyjściu z autobusu dobiega do nas starszy taksówkarz, i tak długo nawija, aż jego słowotok kruszy opór jednego z nas, i decydujemy się na dalszą podróż z nim. Jedyne co mnie broni, to fakt, że po dojeździe do celu i tak musielibyśmy dalej szukać kierowcy, gdyż nasze atrakcje znajdują się daleko za wioską.

qobustan

W szponach taksówkarza

Kierowca raczy nas opowieściami o ciężkim życiu w Azerbejdżanie, że jako rencista wojenny (z Górnego Karabachu) dostał od państwa ten samochód i musi sobie dorabiać do marnej renciny. Chwali się rodziną we Wrocławiu, i żeby nam udowodnić wiarygodność łączy się z kuzynem (z Wrocławiem?!) Dojeżdżamy do wioski Qobustan, i wjeżdżamy na polną drogę mającą nas zaprowadzić do wulkanów błotnych. Kierujemy się ku widocznym na horyzoncie wzgórzom. Droga po slalomie między stertami reklamówek i innych śmieci wkracza na długą prostą, na której koleiny są takie, że dziwimy się że jeszcze nie szorujemy podwoziem po błocie. O dziwo samochodzik dzielnie sobie radzi z podjazdami nawet pod największe górki, i w końcu docieramy do szczytu wzgórza rozoranego szarymi stożkami o różnej wysokości.

Co jakiś czas nad kraterami rozlega się bulgot i niewielka ilość błota spływa na zewnątrz. Niektóre z wulkanów są całkiem spore, a gospodarz tłumaczy, że miejscowi korzystają z nich jak z jacuzzi, które ma dobroczynny wpływ na reumatyzm. W okolicy widzimy jeszcze inne atrakcje związane z aktywnością geologiczną – „gazowane” jeziorko oraz dwukolorowe kałuże z wypływem ropy z wnętrza ziemi. Po chwili pojawiają się na horyzoncie busy z dużymi grupami turystów, ruszamy wiec z powrotem.

Kałuża ropo – wodna 😉

„gazowane” jeziorko

Jedziemy do drugiej atrakcji jaką jest park narodowy Qobustan. Chronione są tutaj rysunki naskalne, czyli petroglify. Najstarsze z nich mają prawie 40 000 lat, a najmłodsze powstały około 5000 lat temu. Ścieżka wiedzie wzdłuż urwisk wzgórza wysoko nad nadmorskimi równinami. Szukamy rysunków w kolejnych załomach skalnych, jednak lepszym pomysłem byłoby skorzystanie z usług miejscowego przewodnika. Jesteśmy nieco rozczarowani, że najsłynniejszy z petroglifów zdobiący wszystkie materiały reklamowe dotyczące parku znajduje się wysoko nad naszymi głowami i musieliśmy poświęcić dłuższą chwilę, żeby w ogóle go odnaleźć. Zwiedzenie całości nie zajmuje nam zbyt wiele czasu, i po chwili ruszamy w dół. Za ogrodzeniem przy którym kupowaliśmy chwilę temu bilety znajduje się muzeum. Mieści się w nim całkiem niezła multimedialna ekspozycja opowiadającą o historii tego miejsca.

Kierowca proponuje nam jeszcze posiłek w „zaprzyjaźnionej restauracji”, jednak nie mamy już ochoty na kolejną turystyczną wyrwę, więc stanowczo prosimy, aby wysadził nas na przystanku autobusu 195. Po dłuższej chwili przyjeżdża autobus, i już bez niespodzianek dojeżdżamy z powrotem do miasta.

Pozostała część miasteczka jest już nieco mniej interesująca, choć zdarzają się i ciekawostki 😉

Po odpoczynku stwierdzamy, że szkoda czasu na siedzenie na miejscu i ruszamy rzucić okiem na jeszcze jedną atrakcję. Yanar Dag – bo tak nazywa się cel naszej podróży, to wzgórze, u stóp którego znajduje się ujście gazu ziemnego ulegającego samozapłonowi. Ogień ten nigdy nie gaśnie, a samo zjawisko było już opisywane m.in. przez Marco Polo.

Aby dostać się tam, wsiadamy do marszrutki na dworcu przy stacji metra Koroglu. Linia jest dość popularna, więc panuje w niej ścisk, a nasz cel jest niestety zlokalizowany przy ostatnim przystanku. Gdy tam docieramy słońce ma się już ku zachodowi, i co tu ukrywać jest całkiem zimno. Na szczęście teren jest jeszcze otwarty, kupujemy wiec bilety, i schodzimy do widocznego w dole ognia.

Płomienie ogarniają zbocze wzgórza o długości kilku metrów, i unoszą się na kilkadziesiąt centymetrów w górę. Jest tu tak przyjemnie ciepło, że najchętniej nie ruszalibyśmy się stąd, ale po chwili decydujemy się na powrót – w okolicy nie ma żadnych innych atrakcji.