Każdy z nas słyszał chyba o wsiach, których nie ma. Które zniknęły… Najczęściej z powodu wojen, tworzenia poligonów, przesiedlania ludności czy z przyczyn ekonomicznych. Ale słyszeliście by miasto zniknęło? Tak – Pompeje, Herculanum, Sodoma i Gomora. To wiadomo, ale w Polsce…? No to dziś wycieczka do Miedzianki.

Miedzianka była przed wojną najmniejszym miastem niemieckim. Ale jednak miastem 🙂 Utrzymywało się głównie z górnictwa i przeżywało wyjątkowe wzloty i upadki. Ostatni wzlot był znów jednocześnie dla Miedziaki upadkiem. I to chyba już ostatecznym. Wśród wielu złóż, jakie kryje okoliczna ziemia, jest i odkryty jako ostatni z nich uran. Po 1945 r. miasto utraciło więc prawa miejskie, niemieckich mieszkańców wysiedlono do Reichu, a nowoprzybyli zajęli się wydobyciem tak potrzebnego Rosjanom uranu.

Niestety złoża wszystkich minerałów w Miedziance są równie obfite co niegłęboko ukryte, więc początkowe sukcesy wydobywcze szybko zmieniają się w bezcelowe kopanie. Kopalnie zamknięto, ale liczne podziemne i płytkie korytarze dopełniły reszty. Budynki zaczęły się zapadać, większość mieszkańców przeprowadzono, a okoliczna ludność rozszabrowała to, co się nie zapadło pod ziemię. I to dosłownie! Dziś we wsi jest kilka domów, kościół, dwie kamienice, browar i otoczenie dworku. Reszty nie ma… Nawet będąc na rynku ciężko się zorientować, że tu był kiedyś środek miasteczka.

Te okolice korciły mnie od dawna przede wszystkim z powodu zamku w Janowicach Wielkich. Imponujące ruiny na wzgórzu zwróciły moją uwagę jeszcze kilkanaście lat temu z okien pociągu ze Szklarskiej Poręby do Wrocławia. Jakoś jednak planowany wyskok z Jeleniej Góry bądź Wałbrzycha nigdy nie doszedł do skutku. Uprzedzając fakty. Z Miedzianki zamek doskonale widać, ale nadal tam nie byłem. Zabrakło czasu…

Wjeżdżamy do wsi asfaltową drogą z Janowic Wielkich. Szosa dość stromo wspina się do góry i nawet nie wiemy gdzie się zatrzymać szukając „centrum”. Przejeżdżamy całą wieś, mijamy ostatnią kamienicę i… zawracamy. Krótki spacer po okolicy.

Będąc w tym miejscu nie można nie wspomnieć książki Filipa Springera „Miedzianka. Historia znikania”. To ona tak naprawdę rozpoczęła „renesans” miasteczka. Co chwilę zatrzymuje się kolejny samochód, wszyscy zaglądają do jakiś piwnic i dziur naiwnie licząc, że może znajdą coś czego tysiące ludzi przed nim nie widziały 😉 Ładne wrażenie robią zdjęcia archiwalne postawione w miejscach, w których je zrobiono. Na czarno – białych tablicach widać zwartą zabudowę, a dziś są… krzaki.

Zaglądamy do zamkniętego kościoła i idziemy do browaru. A tam tłumy jak nad Morskim Okiem. Browar w Miedziance przed laty produkował nagradzane piwo i dziś na bazie tamtych sukcesów ponownie został otwarty. Jednak produkcja nie jest masową, a bardziej nastawioną na degustację.

Wsiadamy w samochód bo przed dojechaniem do Zgorzelca chcemy jeszcze zatrzymać się przede wszystkim w Lubomierzu, choć nie tylko. Omijamy Jelenią Górę od północy. Piękne, kręte i wąskie szosy malowniczo mijają wsie oraz doliny rzek. Naszą uwagę przykuwa wolno stojąca dzwonnica zboru w Czernicy. Później przejeżdżamy pod imponującym wiaduktem trasy kolejowej, którą jechaliśmy kilka godzin wcześniej. I po którym też przejeżdża pociąg w „Jak rozpętałem II wojnę światową”.

Z „Jak rozpętałem II wojnę światową” przyjeżdżamy do „Samych Swoich”. Przejeżdżamy przez rynek w Lubomierzu. I gdyby nie to, że jest on kolorowy, a nie czarno – biały 😉 No i gdyby zamiast parkujących samochodów na jezdni walały się śmieci i pierzyna to byłoby jak w filmie 🙂 Urokliwe miasto z kamienicami nad arkadami wyglądają tak pięknie, że aż dziw, że prawie nie ma tu turystów. A że jest niedziela to jeszcze mamy okazję podczas mszy św. zobaczyć piękne wnętrze barokowej świątyni w Lubomierzu.

Jest już wieczór, więc ruszamy do Gryfowa Śląskiego. Krótki postój pod ratuszem i przejeżdżając przy Zamku Czocha bocznymi szosami dojeżdżamy do Zgorzelca. Łukasz z przyjemnością pokonuje tę samą trasę, którą przejechał rowerem na trasie wokół Sudetów, co rusz rozpoznając pewne miejsca lub widząc, jak wiele przez lata się zmieniło… Wieczorem jeszcze krótki spacer po mieście. Ale o tym w kolejnym odcinku 😉