Wypoczynek trwał całe trzy godziny. W końcu jesteśmy tutaj tylko 3 dni, i kiepsko byłoby 1/3 tego czasu zmarnować odsypiając jazdę samochodem. Jako że jest niedziela możemy się wybrać na wycieczkę z naszą gospodynią, która tylko dzisiaj ma swój dzień wolny. Zwiedzanie Kosowa zaczynamy od… Velkej Hocy. Nic Wam to nie mówi? Nie martwcie się, mnie też.

Z całych Bałkanów skojarzenia turystyczne mam chyba z wszystkimi krajami. Ale gdy pomyślałem pierwszy raz: co będziemy zwiedzać w Kosowie? w mojej głowie, jak i każdego kogo pytałem pojawiała się pustka. 😉 Zresztą jak piszą Weekendowi Podróżnicy, sami Kosowarzy niezbyt się przejmują promocją turystyczną swojego kraju (akurat tam w stolicy). Jak widać – mnie mieliśmy sprecyzowanego zdania na temat co by tutaj zobaczyć, poddaliśmy się zatem przeznaczeniu i za chwilę znowu siedzieliśmy w samochodzie z ustawioną nawigacją na…

Cholera, w tej nawigacji nie ma czegoś takiego jak Velka Hoca!

Znajomi, którzy wyruszyli tam rano byli w lepszej sytuacji – jechali autobusem do miejscowości Rahovec, gdzie mieli umówionego taksówkarza. My wpisaliśmy również tę nazwę, i ruszyliśmy. Jak się po chwili okazało, Velkej Hocy nie było na żadnej mapie.

Jazda samochodem po Prisztinie zasługuje na osobny rozdział, żeby nie powiedzieć książkę. Wszystko czego doświadczyłem jeżdżąc samochodem po włoskiej Kampanii, co oglądałem w Gruzji u taksówkarzy wróciło z zdwojoną mocą w Prisztinie. Jazda po rondzie jeszcze jakieś pół kilometra po zjechaniu z niego powodowała u mnie przypływ adrenaliny i gromkie okrzyki na „k”. Jednym słowem – każdy jedzie jak chce, i biada temu, który nie nadąża. 😉 Jakimś cudem udało nam się opuścić miasto bez stłuczki, i po chwili jechaliśmy wylotówką wiodącej ku widocznym na horyzoncie górom.

Jedziemy!

Jedziemy!

Po drodze byliśmy zmuszeni zatankować paliwo, co udało się nadzwyczaj sprawnie pomimo braku znajomości albańskiego u nas a angielskiego u obsługi stacji. Paliwo, również LPG, okazało się całkiem tanie (nieco niższe ceny niż w Polsce), humory zatem dopisywały.

Widoki z trasy

Widoki z trasy

kosowo1_03

Po drodze, podziwiając wiejsko-dziwaczne krajobrazy dowiadywaliśmy się powoli przyczyn wyboru naszego dzisiejszego celu podróży. Otóż Velka Hoca, jak i cały region Rahovec słynny jest z winnic i wyrobu wina. Tradycje winiarskie mają tutaj bardzo długą historię – winnice na Bałkanach były zakładane już w czasach rzymskich, a o ich pielęgnację dbały w późniejszych czasach prawosławne klasztory. W dzisiejszych czasach, zwłaszcza po perypetiach wojennych winnic jest znacznie mniej, jednak Velka Hoca jest jedną z bardziej znanych wsi o tradycjach winiarskich.

Winnice na horyzoncie- znak że dojeżdżamy na miejsce.

Winnice na horyzoncie- znak że dojeżdżamy na miejsce.

Miejsce to jest interesujące z jeszcze jednego powodu. O ile na północy Kosowa jest więcej terenów zamieszkałych przez Serbów, o tyle południe zamieszkane jest głównie przez Albańczyków. I w tym albańskim morzu znajdują się niewielkie wysepki serbskich enklaw. Jedną z nich jest właśnie Velka Hoca. Po wojnie ilość mieszkańców zmniejszyła się o ponad połowę, i obecnie zamieszkuje tutaj około 700 osób.

W Velkej Hocy

Mimo to mamy wrażenie, jakbyśmy wjechali do alternatywnej rzeczywistości. Już za pierwszymi zabudowaniami witają nas biało-niebiesko-czerwone flagi, za to nigdzie nie widzimy wszechobecnej w Prisztinie albańskiej czerwonej flagi z orłem. Na murach napisy: „Косово је Србија”. Parkujemy samochód w centrum wsi. Okazuje się, że nasze miejsce docelowe, czyli winiarnia znajduje się własnie na środku wsi. Uchylona furtka w kamiennym murze zapraszała nas do środka.

kosowo1_16

kosowo1_06

Wewnątrz trwała już degustacja połączona z oprowadzaniem po włościach. Gospodarzem okazał się prawosławny mnich pochodzący – jak mówił – z Chorwacji. Dołączyliśmy zatem do rozbawionego towarzystwa.

kosowo1_08

kosowo1_07

Towarzyszący mnichowi jeden z miejscowych również w pierwszych słowach podkreślał, że jesteśmy na serbskiej ziemi. Kosovo je Srbija brzmiało niemal jak Welcome to Velika Hoca. Gdy degustacja przeniosła się z hali w której stały kadzie służące do wyrobu wina do pokoju gościnnego gospodarza, odłączyliśmy się od grupy aby pooglądać okolicę.

Matka Unia, żywicielka

Matka Unia, żywicielka

W tej niewielkiej wsi znajduje się bowiem tuzin kościołów i kaplic powstających od XII wieku. Ich powstanie związane jest z osobą wielkiego księcia Stefana Nemanji, który również zainicjował uprawę wina w tej dolinie. Wspinamy się na wzgórze nad wsią aż do niewielkiej kaplicy św. Jana. Kaplica jest zamknięta, jednak warto było się tu wdrapać ze względu na widoki na dolinę w której położona jest wieś. Jest słonecznie, jednak w zamglonym powietrzu da się wyraźnie wyczuć jesień.

kosowo1_11

kosowo1_12

kosowo1_13

Wśród rzędów winorośli schodzimy z powrotem do wioski. Nasi znajomi opuścili już gościnne mury winnicy. Gawędzimy jeszcze chwilę z sympatycznym mnichem, i po zakupie kilku butelek wina Manastirsko Decansko kierujemy się do samochodu.

kosowo1_14

kosowo1_15