Bilety do Maroka zakupiłem w dość bogatych lipcowych promocjach Ryanaira. Całość biletu kosztowała mnie 40 zł (20zł+ 5x1euro, musiałem doliczyć jeszcze ok. 70 zł na powrót z Bratysławy (gdybym dzisiaj miał wybierać, z BGY wybrałbym Wizza do KTW, w podobnej cenie co pociąg, jedyny plus z BTS jest taki, że zwiedziłem jeszcze jedno lotnisko do kolekcji. Wyprawa miała byc dwuosobowa, niestety na tydzień przed wyjazdem moja towarzyszka miała niegroźny wypadek samochodowy, jednak na tyle istotny, że wyeliminował ją z podróży. Ale do rzeczy…

14.10.2009
Dąbrowa Górnicza – Kraków – Bergamo – Girona

Do KRK musiałem jakoś dojechać, wybrałem podróż PKS, co przy pogodzie jaka panowała w zeszłą środę było dość ryzykowne. Polska żegnała mnie deszczem ze śniegiem, co jakby potwierdzało dobry kierunek mojego wyjazdu Z dworca PKP do Balic szynobusem, i tutaj miała miejsce sytuacja, którą do tej pory znałem z dowcipów: angielska turystka pyta konduktora (treść pytania nieistotna), na co konduktor odpowiada: osiem złotych. Turystka: I don’t understand you. Konduktor (wolniej i głośniej): ooo-sieem. Nosz kurczę, chociaż na reprezentacyjnej linii na lotnisko mogliby zatrudnić kogoś z podstawową znajomością języków! Na lotnisku standardowa kontrola, co mnie bardzo ucieszyło to fakt, że udało mi się spakować tak, że na żadnej z 6 kontroli nikt nie kazał mi nic wyjmować z plecaka. Pooglądałem sobie na ekipę pracowników lotniska walczącą z warunkami atmosferycznymi. Bardzo miły był fakt, że lot do BGY był przy bramie zapowiedziany najpierw w płynnym włoskim, potem po angielsku, a na końcu po polsku. Czekamy chwilę w autobusie, i każdy z pasażerów podziwia napis na burcie „Żegnamy PLL LOT” Startujemy, i od razu wbijamy się w grubą warstwę chmur. Na wysokości południowej Austrii chmury się kończą, i możemy podziwiać ośnieżone lekko czubki Alp. Mimo że lecimy z północnego wschodu, pilot przed podejściem do lądowania robi spore koło nad lotniskiem, i dopiero lądujemy tradycyjnie od wschodu. Na lotnisku mam prawie 5 godzin czekania, jako że zwiedzałem już stare miasto nie decyduję się na przejazd do centrum, muszę jednak za to wybrać się na zakupy do Orio Center, gdyż okazuje się, że nie zabrałem ze sobą karty pamięci do aparatu(!) (stąd „komórkowa” jakość pierwszych zdjęć) oraz szczoteczki do zębów. Po zakupach zabijam czas, a po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa okazuje się że samolot jest spóźniony niemal godzinę. Słucham sobie muzyki, i w pewnym momencie orientuję się, że za mną już nie ma nikogo z kolejki do bramy, krótka wycieczka pod tablicę z odlotami, i już wiem, że zmieniono nam gate. Trzeba więc przedreptać na sam koniec terminala do parterowego budynku przypominającego miejsce odlotów z CIA – czyli niezbyt przyjaznego baraku. Tam już spokojnie czekamy (niestety tak małe pomieszczenie, i 3 gate’y powodują, że jest niezły tłok). Sam lot jest krótki, i jak na późny wieczorny lot samolot jest dość mocno wypełniony. Na pokładzie witam widocznie zmęczoną polską stewardessę „dobry wieczór”, co podowduje, że bardzo ładnie sie do mnie uśmiecha Lądujemy w GRO od zachodu. Na lotnisku Costa Brava nocuję już drugi raz, i tak jak za pierwszym razem lotnisko robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Znajduję szybko wolny ciąg 4 krzeseł, przykrywam się kocem, i w kimę. O 4 budzi wszystkich śpiących niezadowolona strażniczka, ale większość osób ją ignoruje. Przenoszę się do części Arrivals, i tam nie niepokojony śpię do 8.00.

15.10.2009
Girona – Fez

O 8:30 szybkie odświeżenie, i wybieram się autobusem (4,4 euro RT) na zwiedzanie Girony. Miasto robi bardzo przyjemne wrażenie, a ranek powoduje, że starówka jest prawie pusta. Wracam w sam raz na odlot do Fezu. Ze względu na różnicę czasową i odlot z GRO i przylot do FEZ jest o 12:50. Fajnie to wygląda na karcie pokładowej. Co ciekawe w GRO nie ma specjalnej części na odloty poza Schengen, przy niektórych bramach stoją budki strażnicze, i w razie potrzeby są wykorzystywane lub nie.
006
Kontrola paszportowa, wśród pasażerów jest dużo osób w tradycyjnych strojach arabskich, które są nieco wnikliwiej kontrolowane przez policjantów W samolocie mam tzw. stereofonię, ponieważ koło mnie i za mną siadają matki z dziećmi w wieku około 2 lat, które płaczą wniebogłosy przez niemal cały lot. Nie muszę mówić jaka to przyjemność. Chmur nie ma, więc można poobserwować nieco okolice. Przed lądowaniem stewardessy rozdają każdemu formularz konieczny przy kontroli, w którym trzeba wypełnić podstawowe dane. Na lotnisku w Fezie nasz Boeing jest jedyną maszyną na płycie. Od razu po wyjściu widać, że jest „nieco” cieplej Pieszo kierujemy się do kontroli, która jest dość szczegółowa. Każdy przed wbiciem pieczątki jest wprowadzany do komputera, przepisywane są dane, co powoduje, że w kolejce stoję niemal pół godziny. „Mojego” strażnika interesuje fakt, dlaczego nie mam wpisanego w formularzu adresu pobytu w Maroku, jednak odpowiedź, że nie miałem nic zarezerwowanego mu wystarcza. (BTW nocleg rezerwowany przez net potrafi być 5x droższy, niż znaleziony na miejscu). Samo lotnisko jest malutkie, ale robi bardzo dobre wrażenie. Po wyjściu z terminalu udaję się na przystanek autobusowy (tu rada dla tych, którzy wybierają się do Fezu: jeśli stoi autobus z napisem Airport, który kosztuje 20 DH (8zł) należy go pozwolić mu odjechać. za chwilę powinien przyjechać miejski autobus nr 16, który kosztuje 3,40 DH (1zł), bilety kupuje się w kasie (sic!) na końcu autobusu). Autobus jest nieco „afrykański”, u nas tak zdezelowany skład nadawałby się tylko na złom. Autobus zawozi mnie w dużym tłoku na dworzec kolejowy. Stamtąd nie mogąc się doczekać na kolejny, więc biorę tzw. „Petit Taxi” (10DH) do bramy Bou Jaloud, gdzie mam nadzieję znaleźć hostel. Po przejściu przez bramę hotel pierwszy mnie znajduje Nie jest super zadbany, i kosztuje 100 DH (40zł), ale nie mam już siły szukać nic lepszego, rzucam się na wyro, i robię drzemkę, przerwaną nagle śpiewem muezzinów z pobliskich meczetów. Po drzemce wybieram się na krótki spacer po starej medynie (stara w odróżnieniu od „nowej”, która powstała w XIII wieku ). Bardzo irytujący jest charakterystyczny dla państw pozaeuropejskich fakt traktowania cię jako chodzącej skarbonki, z której każdy chciałby wyrwać coś dla siebie. Tłumy handlarzy, spontanicznych przewodników i innych typów są bardzo męczące, więc wracam po godzinie, po to żeby posiedzieć na dachu mojego hotelu (dach jest udostępniany również w celach noclegowych i zobaczyć jedno z moim zdaniem „must-see” w Fezie, czyli wieczornego przelotu ptaków. Na godzinę przed zachodem słońca okoliczne ptaszyska wpadają w szał łapania pożywienia, co powoduje jedyny w swoim rodzaju ćwierkający spektakl. Do całości spektaklu dochodzą jeszcze wołania muezzinów.

16.10.2009
Fez

Kolejny dzień spędzam na bardziej szczegółowym spacerze po medynie. Zaczynam się przeciskać wąskimi uliczkami, które od bramy schodzą prosto w dół. Najpierw trafiam do medresy Bou Inanija, która jest wyłączona z użytkowania i udostępniona do zwiedzania. Schodząc dalej w dół medyny niemal od razu gubię orientację, gąszcz wąziutkich uliczek jest naprawdę mylący. Przechodzę obok jedengo z największych meczetów – Karajjiwin, tutaj też jedyny raz słyszę polskie głosy wycieczki. W okolicach meczetu uliczki stanowią jeden niekończący się stragan z wszelkiego rodzaju artykułami. Po pewnym czasie droga zaczyna wznosić się znów pod górkę, zacząłem się zbliżać do meczetu Andaluzyjskiego. Tutaj jako, że dzisiaj piątek czyli ‚niedziela’ świata muzułmańskiego trwają modlitwy. Tu też przyczepia się do mnie pewien młodzian, który koniecznie chce mnie oprowadzić po okolicy. Nauczony wczorajszymi doświadczeniami jestem niechętny, lecz on nie daje za wygraną. Efekt jest taki, że udaje mi się zwiedzić w samotności jedną z mniej znanych medres, a potem podziwiać widok ze wzgórza koło meczetu, gdzie bez autochtonów ciężko byłoby trafić. Wychodzę z medyny za meczetem, jednak nigdzie nie widać autobusów ani taksówek, które były wymienione w przewodniku. Musze się więc wrócić dokładnie po swoich śladach aż do hotelu. Wracam na krótki odpoczynek, a popołudniu wybieram się na wycieczkę za miasto do tzw. Grobowców Marynidów. Same grobowce to kilka ruinek, ale za to ze wzgórza rozlegają się fantastyczne widoki na okolicę. Dzień kończy się kolacją w jednym z barów pod hotelem, i obserwowaniem życia ulicy przez balkon i z dachu.

17.10.2009
Fez – Girona – Bergamo

Z samego rana obudzony tradycyjnym śpiewem z minaretu postanowiłem wdrapać się na taras na dachu żeby zerknąć na wschód słońca. Zgodnie z tym co juz napisałem parę postów wyżej, nie widząc nigdzie rozkładów jazdy przezornie wychodzę wcześniej, żeby nie mieć problemów z dotarciem na lotnisko. Po drodze planuję zwiedzić jeszcze „nową” medynę, i zerknąć na współczesną część miasta. Nowa medyna nie wzbudza już takich wielkich emocji, wart zauważenia jest na pewno pałac królewski, a w zasadzie jego brama wjazdowa. Kieruję się w stronę Ville Nouvelle, w której nie ma miejsc zabytkowych, ale też jest na czym zaczepić obiektyw aparatu. Po drodze szukam marketu, który jest opisany w przewodniku Pascala, ale nie mam chyba szczęścia. Docieram na dworzec, gdzie oczywiście taksówkarze widząc europejczyka z plecakiem oczywiście pięć razy pytają czy przypadkiem jadę na lotnisko, młody chłopak oczywiście proponuje oprowadzenie po medynie itp. Same okolice dworca moim zdaniem są jednym z mniej zachęcających okolic w Fezie. Na szczęście 16 przyjeżdża w miarę szybko (20 min) W drzwiach mam dużo szczęścia, przy wejściu osoba wchodząca za mną orientuje się, że jest okradana przez kieszonkowca, co powoduje niewielką bójkę. U mnie na szczęście wszystko jest na swoim miejscu. Bez problemu docieram już na lotnisko. Dwie godziny przed nami odlot ma samolot bezpośrednio do Bergamo, jednak się spóźnia. Co ciekawe – pierwsza kontrola bezpieczeństwa – bramka i skaner jest już przy samym wejściu na lotnisko. Ustawiam się w kolejce do odprawy paszportowej, jednak okazuje się, że na mojej wydrukowanej karcie pokładowej powinna być przybita pieczątka w punkcie check-in. Melduję się zatem w check-in. Tam młody pracownik lotniska na widok mojej wyjętej z portfela pracowicie zgiętej w miejscu oddarcia karty pokładowej stwierdza ironicznie: „This is your boarding card?”, po czym…. niszczy ją, i wydaje mi klasyczną kartą pokładową. Co ciekawe, moją obecność potwierdza nie w komputerze, lecz skreślając mnie ręcznie z listy pasażerów! Udaję się do kontroli paszportowej, i po krótkiej kolejce staję przed policjantem. Ten zerka w mój paszport i wypełnioną ponownie przy wyjeździe karcie z danymi, po czym z jego twarzy wynika, że coś się nie zgadza. Mówi coś do mnie w języku francuskim, którego niestety nie rozumiem. Żaden z wołanych przez niego kolegów-znających-angielski nie ma czasu, więc pracowicie szuka czegoś w komputerze (moim zdaniem wyglądało to tak, jakby nie mógł znaleźć w systemie potwierdzenia mojego wjazdu do Maroka). Po ponad 10 minutach ociera pot z czoła, i wbija mi upragnioną pieczątkę wyjazdową do paszportu. Kontrola bezpieczeństwa jest bardzo pobieżna, zwłaszcza, że przy monitorze, który pokazuje zawartość plecaków nie ma zupełnie nikogo Poczekalnia przy gate jest niewielka, jednak jak całe lotnisko robi niesamowicie przyjazne i schludne wrażenie. Kurs do Bergamo odlatuje dopiero po przylocie „mojego” samolotu z Girony. Wkrótce i my zostajemy wypuszczeni na płytę – żadnych taśm, zabezpieczeń, pracowników – każdy idzie jak chce Lot powrotny również bez problemów. Z ciekawostek, udaje mi się uchwycić maleńką wyspę Alboran, która jest przedmiotem sporu pomiędzy Hiszpanią a Marokiem. Stacjonuje na niej mały oddział wojska hiszpańskiego. W Gironie znów parę godzin do odlotu, które przeznaczam tym razem na drzemkę. Jeśli dobrze pamiętam swoją pierwszą wizytę tam w 2006 roku, od tego czasu lotnisko powiększyło się dość znacznie, w innym miejscu znajdują się również przejścia na piętro do kontroli bezpieczeństwa i gate’ów. Tablica odlotów w GRO jest baaardzo monotematyczna, przez cały dzień tylko pojedyncze kursy nie mają literek „FR”. Po kontroli stołuję się w McD w strefie wolnocłowej. Lot do BGY tym razem punktualnie. Tym razem bardzo małe zapełnienie, do 6 rzędu wszystkie miejsca są puste, a i w następnych jest sporo luk między pasażerami. Załoga sprawia wrażenie jakby chciała całą sprzedaż i obsługę zakończyć w połowie lotu, żeby mieć chwilę czasu dla siebie. Po wylądowaniu o 23:45 jest już zamknięta strefa check-in, i w ten sposób muszę się chwilę nagłowić, żeby znaleźć jakieś rozsądne miejsce na drzemkę, gdyż ludzie śpią już niemal wszędzie. Udaje się coś znaleźć, jednak o 3:45 każdego z osobna budzi strażnik drąc się bardzo wysokim głosem (notabene ten sam, który budził mnie podczas snu tutaj w sierpniu).

18.10 2009
Bergamo – Bratysława – Dąbrowa Górnicza

Kontrolę bezpieczeństwa niestety otwierają dopiero o 4:30, więc muszę nieco poczekać. Po kontroli kolejne oczekiwanie przy gate, jedynym urozmaiceniem są jakieś nastolatki, które postanawiają przetestować, czy drzwi pomiędzy częścią Schengen i non-Schengen są faktycznie pod alarmem. Są. Przez 10 minut siedzimy w miłym dla uszu ryku syren. Z iście włoską fantazją niemal wszyscy oczekujący są wepchnięci do jednego autobusu, i jedziemy się do samolotu. Oczywiście niemal wszyscy w samolocie śpią, więc stewardessy bardzo szybko uwijają się z serwisem. W połowie lotu zaczyna wschodzić słońce, niestety gdy zaczyna się ukazywać zza chmur, nasz samolot zaczyna schodzić z wysokości przelotowej nieco szybciej, więc z oglądania niewiele zostaje Ale coś się udaje złapać. Bratysława wita nas deszczem, i lotnisko o 7:30 rano robi bardzo nieprzyjemne wrażenie. Strefa przylotów jest tak przemyślana, że wychodzi się bezpośrednio z bagażem na dwór, co przy takiej pogodzie jest na pewno „miłe” dla oczekujących na swoich bliskich. Przejazd do centrum autobusem miejskim „61” aż na dworzec kolejowy. Dworzec robi też niezbyt dobre wrażenie wizualne, jednak bliskość Wiednia powoduje, że zapowiedzi pociągów i obsługa jest na dość wysokim poziomie. Ładuję się do pospiesznego do Ziliny, stamtąd kolejny do Zwardonia, i stamtąd już powitany w Zwardoniu przez półmetrowe zaspy naszą swojską osobówką PKP udaję się do domu.