Podróż zaczyna się przetestowaniem nowości na polskim rynku przewozowym, czyli Polskibus.com. Pierwsze wrażenie zaskakująco pozytywne. Obiecane skórzane fotele, wifi i gniazdka są. Podróż więc mija szybko mimo utrudnień na długim odcinku związanych zbudową S8. Szybko przedostajemy się ze stacji metra Wilanowska na okęcie, zahaczając po drodze o Galerię Mokotów. Lot z Warszawy. To mój pierwszy wylot z miasta stołecznego, więc rozglądam się ciekawie. Nowy terminal prezentuje się okazale. Wrażenia bardzo pozytywne. Boarding o czasie. Z racji że nasz gate znajduje się od strony remontowanej płyty postojowej, okrążamy autobusem cały terminal i dojeżdżamy do Embraera 145 w barwach Dniproavii. Samolot jest niewielki, ale dość wygodny. Niestety dostaliśmy miejsca w ostatnim rzędzie w bezpośredniej bliskości toalety i silników, które znajdują się po obu stronach zaraz za nami. Na dodatek nie ma zbyt wielu możliwości zrobienia ciekawych zdjęć, gdyż steward ma swoje miejsce awaryjne na rozkładanym fotelu między naszymi siedzeniami. Widoki są mniej więcej do granicy polsko-ukraińskiej, potem niebo zasnuwa szczelny płaszcz z chmur. Dopiero przy podchodzeniu do lądowania niebo się przejaśnia, lecz pogoda jest znacznie gorsza. Do tego podmuchy wiatru powodują, że samolot dość mocno manewruje przy podejściu do lądowania, co w niewielkiej maszynie jest mocno odczuwalne. Po lądowaniu krótka przejażdżka autobusem, i udajemy się bezpośrednio na transfer. Tam przechodzimy krótką kontrolę bezpieczeństwa, i przechodzimy do terminala. Czeka nas długie oczekiwanie. Nasz samolot odlatuje jako jeden z ostatnich tego dnia. W międzyczasie samoloty z tego terminala odlatują do kilkunastu stolic dawnego ZSRR. W końcu czas na nas. Z racji że jest już niemal północ, od razu po zajęciu miejsca zasypiam. Budzę się w momencie poczęstunku. Pomimo później pory dostajemy niezły zestaw na kolację. W pudełku znajduje się bułka, wędlina, ser żółty, oliwka, kilka warzyw, i cukierek. Ukraińska załoga jest bardzo miła, i przeciwieństwie do poprzedniego lotu składa się również z płci pięknej. Ponownie zasypiam, i budzą mnie turbulencje przy podejściu do lądowania. Dość gwałtownie schodzimy przez pasmo chmur. Lądujemy w Tbilisi o godzinie 3:20 (1:20 czasu polskiego). Niestety większość lotów z państw europejskich ma swoje przyloty właśnie o tej porze (między 2 a 4 w nocy), lotnisko zatem jest pełne. Decydujemy się zostać tutaj do rana. Duża część osób do przeczekania wykorzystuje skwerek pod schodami w okolicach stanowisk check-in. Miłym akcentem jest TV w pobliskim barze, gdzie kanał ustawiony jest na… Polską Vivę.