Rano budzimy się i widzimy ze większość śpiących na sztucznym skwerku to backpackersi, w większości z Polski. Jednymi z “niepolaków” byli Slavko z Martiną, Słoweńcy. Razem udajemy się na autobus, gdyż oni nie mają jeszcze noclegu, i chcą zapytać w naszym hostelu „Opera”. Wsiadamy do autobusu, a raczej minibusu. Bilet kosztuje 0,5 lari, nam udaje się go kupić bez problemów, natomiast Slavkowi wcina 1 GEL nie drukując biletów. Na pytanie, czy ktoś nie ma rozmienić pieniędzy… jeden z Gruzinów kupuje im bilety płacąc karta płatniczą. Z każdym przystankiem coraz więcej ludzi. Pod koniec już ścisk. Na trasie trzykrotnie (!) wsiadają kontrolerzy biletów. Dojeżdżamy do Opery, pytami o ulicę Lagidze. Szukamy hostelu…. I nic. Na całej ulicy ani słowa. Pytamy ludzi… Nic. Dopiero gdy drugi raz pytam w sklepie młody chłopak stwierdza, ze są dwie ulice o nawie Lagidze. Po wejściu we właściwą, od razu zauważam polską flagę. W środku poznaję właścicielkę, która jest Gruzinką, mówiącą świetnie po polsku. Niestety w samym hostelu nie ma miejsca dla zapoznanych Słoweńców, ale właścicielka proponuje, ze zapyta u znajomej rodziny w podwórku o wynajęcie pokoju. Ze względu na zarwane dwie noce padam jak kłoda na łóżko. Po krótkiej drzemce, prysznicu i śniadaniu ruszamy na miasto. Hotel znajduje się niemal przy głównej alei. Pierwsze kroki kierujemy po miejscową kartę GSM. Okazuje się ze jest znacznie taniej niż w Polsce, a co ciekawe wystarczy doładować telefon za 1 GEL na pół roku, żeby utrzymać aktywność. Następnie zaczynamy zwiedzać. Kierujemy się na zaniedbane stare miasto, zwiedzamy synagogę, katedrę z VI w., i po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Schodzimy nad rzekę Mktvari, dochodzimy do miejsca gdzie znajdują się banie, czyli położone na siarkowych źródłach łaźnie. Z okienek wydobywa się piekielny zapach. Spod łaźni wspinamy się zaniedbanymi zaułkami mając nadzieje dojść do twierdzy. Dochodzimy do…. ogrodu botanicznego. Tam kontynuujemy podejście w górę, licząc, że istnieje drugie wyjście i dojdziemy na szczyt wzgórza. Niestety… Dochodzimy do jakichś dziwnych zabudowań przypominających wielkością siedzibę ONZ. Asfalt doprowadza do bramy, a nieco wyżej jest droga publiczna… Oddzielona siatką. Musimy więc wyłamać się z rezydencji. Schodzimy do miasta podziwiając widoki.

Na sam koniec dnia udajemy się na chinkali, czyli gruzińskie pierogi w kształcie sakiewek z mięsnym nadzieniem. Najpierw nadgryza się je, potem wypija sos ze środka, i dopiero zjada całość. Atmosfera jest senna… Aż tu nagle do restauracji wbija się rozbawiona grupa z którą mieszkamy przez ścianę w hostelu, razem ze znajomymi Słoweńcami 🙂 Reszta wieczoru upływa w bardzo milej atmosferze zakończonej wieczornym spacerem po Tbilisi. koszty: Bilet do Ogrodu Botanicznego: 1 GEL