Ostatni dzień, który muszę zagospodarować przed przyjazdem Andrzeja. Niestety na Vardzię za mało czasu, dlatego decyduję się na dość ryzykowną wycieczkę do miejscowości Stepancminda, szerzej znanej jako Kazbegi. Ryzykowną dlatego, że marszrutka jedzie w jedną stronę 3 godziny, zatem licząc z powrotem zostaje mi niewiele czasu biorąc pod uwagę, że chciałbym się wdrapać do kościółka Cminda Sameba. Decyduję się jednak, ale jeszcze przed wyjazdem muszę dokonać Mission Impossible czyli zakupu biletów na nocny pociąg do Batumi. Po dojściu na dworzec czuję się jak analfabeta, gdyż na całym dworcu nie ma ani jednego rozkładu w języku innym niż gruziński. Na szczęście, po krótkim rekonesansie udaje mi się znaleźć kasę w której zostałem obsłużony w języku angielskim. Niestety biletów na wagon sypialny już nie ma, ale udaje mi się dostać bilety siedzące na pociąg o 2:00. Z dworca udaję się na dworzec Didube. Wsiadam do marszrutki wiodącej do Kazbegi. Siedzę sobie wygodnie jakieś…. 3 minuty, po czym zostaję przez kierowcę zaproszony na zewnątrz, i zaprowadzony do innej. Tamta odjeżdża w nieznanym kierunku, a ja czekam jeszcze pół godziny do odjazdu. Ale koniec końców jedziemy. Droga początkowo jest monotonna, ale po godzinie wjeżdżamy w góry. Przejeżdżamy najpierw koło zamku Anauri, po czym droga zaczyna się piąć w górę. To Gruzińska Droga Wojenna, prowadząca aż do Władykaukazu po północnej stronie gór. Przejeżdżamy przez ośrodek narciarski Gudauri, i za tym ośrodkiem… asfalt znika. Kolejne kilka kilometrów aż do przełęczy Krzyżowej to jazda od dziury do dziury z prędkością 20 km/h. Widoki są olśniewające. Po pewnym czasie meldujemy się na przełęczy (2379 m n.p.m). Ciekawostką jest, że podczas jazdy obok drogi są tunele.

OBOK, ponieważ droga zamiast wewnątrz tunelu wiedzie wąska dróżką obok. Dojeżdżamy do Kazbegi. Ruszam żwawo. Po chwili ukazuje się zza góry na szczycie wzgórza cel wycieczki. Zapowiada się ciekawie, różnica poziomów jest naprawdę znaczna. Jako że jest niedziela, razem ze mną wspinają się dosłownie tłumy miejscowych. ścieżka śmiało przecina serpentyny drogi dla tirów. Po wylaniu jakichś 50 litrów potu jestem na górze. Niestety Kazbek nie był łaskawy ukazać swojego oblicza. Cała okolica jest cudowna. Widok kościoła na tle gór robi niesamowite wrażenie. Po zrobieniu tysiąca zdjęć schodzę na dół. Pierwsze co robię, to udaję się na główny plac miasteczka, zapytać o marszrutkę. Kierowca mówi, że odjeżdża za 45 minut. Ruszam zatem do najbliższego baru. Zamawiam khinkali. Kiedy kończę jeść mam jeszcze jakieś 10 minut do busa. Ruszam zatem… i widzę że na placu nie ma żadnej marszrutki. Super. Za chwilę jednak podjeżdża jeden bus, za nim następny. Myślę, że to już koniec moich kłopotów. Cóż za pomyłka 😉 Kierowca dobiera sobie bowiem pasażerów według tylko sobie znanego klucza. Chętnych jest z 2 razy więcej niż miejsc w busach. Po długich targach, korzystając z okazji że jedna z grup negocjuje wejście podpinam się pod nich, i w ten sposób ładuję się do środka. Trzy godziny wewnątrz są bardzo ciężkie, zwłaszcza, że jest parno, i atmosfera wewnątrz jest bardzo gęsta. Do tego kierowca puszcza na wideo jakieś dziwne występy kabaretowe. Wysiadam na Didube z wyraźną ulgą… W hostelu czeka już Andrzej. Idziemy na kolację. Teraz pozostaje nam czekać do 2:00 do odjazdu pociągu. Na godzinę przed odjazdem rozpętuje się straszna burza. Na szczęście udaje nam się zamówić taksówkę. Na dworcu znajdujemy sprawnie nasz wagon. Pociąg o dziwo okazuje się dość komfortowy. Spokój zakłóca nam tylko wycieczka szkolna, która skutecznie uniemożliwia nam zaśnięcie.