Wieczorem ustalamy ze znajomymi Słoweńcami, że wspólnie udamy się do Omalo w Tuszetii. Rano udajemy sie na śniadanie na chaczapuri do tej samej restauracji. Potem wszystko dzieje sie błyskawicznie. Po wyjściu na ulicę zatrzymuje sie pierwsza taksówka która zabiera nas na dworzec Ortachala, tam zostajemy od razu porwani do marszrutki jadącej do Kvemo Alvani. Właściciel zapowiada ze od razu zamówi dla nas jeepa do Omalo. Jedziemy drogą, która prowadząc do Telavi pokonuje przełęcz o wysokości około 2000 m n.p.m. Kierowca pędzi na prostej kolo 120 km/h i nie ma żadnych problemów na solidnych podjazdach. Niezły silnik myślimy, do chwili, gdy w Telavi podjeżdżamy na stację benzynową, gdzie tankujemy….. Gaz! Szczęka nam opada. Po dojeździe do Kvemo Alvani zaczynamy się targować o przejazd jeepem drogi do Omalo (70 km terenowej drogi górskiej). Cena, która początkowo wynosi 250 GEL spada do 220. Mistubishi jest nowe, z kierownicą po prawej stronie. Pewnie sprowadzane z Japonii, ale od kierowcy ciężko cokolwiek wydobyć, gdyż posługuje się jedynie językiem gruzińskim. Asfalt jest na pierwszych 5 kilometrach, potem zaczyna się jazda. Wznosimy się doliną rzeki Stori w kierunku przełęczy Abano (2926 m n.p.m.) terenową drogą, serpentynami o nachyleniu miejscami 20 procent. Na wysokości 2000 metrów wjeżdżamy w mgłę, może to i dobrze, bo nasze nerwy nie cierpią od przepaścistych widoków.

Na przełęczy nie widać nic, i jest tak zimno, ze wskakujemy od razu z powrotem do wnętrza samochodu. Zjeżdżamy… Po kilkunastominutowym zjeździe ponownie mgła się rozwiewa… Naszym oczom ukazuje sie cudowny widok doliny zalanej słońcem. Jedziemy jeszcze godzinę wyprzedając stada owiec. Pod koniec trasy nasz Jeep wspina się ponownie na wzgórza na których położone jest Omalo. Dojeżdżamy do pierwszego hotelu, jednak właścicielka chce od nas 50 lari od osoby, jedziemy więc dalej. W drugim gospodarstwie cena juz jest niższa, 35 lari za osobę, jest jednak dostępny tylko jeden pokój. Mamy jednak namiot, wiec ustalamy cenę na 15 lari za osobę z jedzeniem i namiotem, i wszyscy są zadowoleni. Po godzinie nadchodzą kolejni goście hotelowi. Okazują sie parą…. Słoweńców! Przy rozmowach i obiedzie mija reszta dnia, a pan Andrej udziela nam wielu cennych wskazówek. Na koniec… sprzedaje nam doskonale aktualne mapy topograficzne całej Tuszetii, które nie będą mu już potrzebne! W doskonałych humorach udajemy się na spoczynek, mając widok z namiotu na góry.