W nocy okazuje się ze kolacja jednak nie była dobra, bo pół nocy spędzam w toalecie. Rano nie jest lepiej, a oprócz mnie jeszcze trzy inne osoby tez cierpią na ból brzucha. Jeszcze mniej przyjemnie robi się przy pożegnaniu, gdy okazuje się ze cena za osobę wzrasta do 25 lari za osobę. Szkoda tylko ze właścicielka twierdzi że powodem jest osobna opłata za namiot i osobna za osobę, podczas gdy jej córka twierdzi ze to przez zjedzone przez nas dwa posiłki. Dziwne te dwie wersje, ale po długich negocjacjach w końcu staje na 20 GEL, ale atmosfera jest nieprzyjemna. W końcu około 10:00 ruszamy z plecakami ostro pod górę. Najpierw dochodzimy do starego Omalo, gdzie zwiedzamy twierdzę (wieże zrekonstruowane również przy udziale rządu Holandii), a następnie idziemy dalej.

Droga wznosi się i opada, po stromym zejściu musimy wspiąć się ponownie na grzbiet 2100 m, kolejno schodzimy dobre 200 m w dół, a na końcu znów trawersujemy zbocze kolejnego grzbietu. Lasy jak w Beskidach, ale jednak powietrze jest dużo czystsze. Świadczą o tym długie na kilkadziesiąt centymetrów zwieszające się z drzew porosty. Dochodzimy do przełęczy (znów 2100 m.) i stamtąd droga długą prostą sprowadza do wioski Dartlo, położonej w dolinie rzeki Pirikita Alazani. Po drodze pogoda zmienia się z 5 razy, dwa razy pada krótki i intensywny deszcz. Wioska jest niesamowicie urocza, położona na wzgórzu, i nieodmiennie kojarzy mi się z krajobrazami krainy Rohan z Władcy Pierścieni. Początkowo nikt nie chce nawet mówić o noclegu bez pełnego wyżywienia za kilkadziesiąt lari, dopiero po negocjacjach udaje się znaleźć nocleg ze śniadaniem za 20 lari. Wieczór upływa nam bardzo przyjemnie na polsko – słoweńskich rozmówkach.