Rano wyruszamy tylko we dwójkę z Andrzejem, gdyż nasi słoweńscy znajomi chcą zwiedzić jeszcze leżącą powyżej wioskę Kvavlo. Mamy się spotkać w południe w kolejnej wiosce. Słoneczko dopisuje, więc idzie nam się raźnie. Po drodze spotykamy pierwszą większą grupę zagranicznych turystów podróżujących na koniach. Przed wioską Czeszo musimy pokonać po raz pierwszy strumień w bród. Czekamy dłuższą chwilę na łączce wśród owiec, i po pewnym czasie spotykamy się ponownie z sympatycznymi Słoweńcami. Niestety oni decydują się pozostać w Czeszo. Przy okazji opowiadają nam, że wioska do której się wybierali jest niedostępna dla kobiet, gdyż w Tuszetii występują pogańskie przesądy, które zabraniają wstępu kobietom do pewnych miejsc otoczonych czcią. Po pożegnaniu dalej idziemy sami wąską doliną wzdłuż rzeki. Co jakiś czas podziwiamy średniowieczne wieże obronne.

Zbliżamy się do Parsmy, od drugiej strony zaś zbliża się burza. Parsma okazuje się być dwoma domami położonymi na stromym wzgórzu. Wczołgujemy się więc na wzgórze wąską ścieżką. Przy domu nikogo nie ma. Gdy rozglądamy się po okolicy, z budynku wychodzi kobieta około pięćdziesiątki. Na moje nieśmiałe pozdrowienie owa osoba odpowiedziała: ¿Quando personas? Stanąłem jak wryty i kilka chwil zajęło mi przetrawienie w myślach, że oto kilka kilometrów od granicy z Czeczenią na głębokim zadupiu ktoś zaczyna ze mną rozmawiać płynnym hiszpańskim. Po przetrawieniu udało mi się wydobyć z siebie kilka mnie lub więcej skoordynowanych słów w języku Don Kichota, co pozwoliło nam dojść do porozumienia odnośnie ceny noclegu i śniadania. Okazało się później, że owa Gruzinka mieszkała wiele lat w Hiszpanii, stąd hiszpańskim włada dużo płynniej niż rosyjskim. Tymczasem dochodzi do nas burza. Trwa około godziny, a jej koniec zwiastuje nam przepiękna tęcza rozpięta nad ruinami pobliskich wież. Dłuższą chwilę spędzamy więc z aparatami w ręku. Ale po chwili robi się chłodno, więc udajemy się do wnętrza na zasłużony odpoczynek.