Po wyjściu z Parsmy wygodna droga dla jeepów, którą podążaliśmy od kilku dni zmienia się w wąską ścieżkę. Po kolejnej godzinie marszu dochodzimy do Girevi. Zatrzymujemy się przy jednej z wież na krótki odpoczynek, i nie mija 5 minut, gdy podchodzi do nas chłopiec w wieku kilkunastu lat z prostym pytaniem na ustach: Coffee or tea? My oczywiście na hasło „coffee” uśmiechamy się szeroko, i już za chwilę siedzimy przy zastawionym stole z całą rodziną . Okazuje się że przebywają oni tutaj tylko kilka tygodni na czas wakacji. Wzmocnieni kawą, ruszamy przez wioskę, wspinając się na zbocze wąskiej już doliny Pirikita Alazani. Dopiero z góry widzimy, że w wiosce znajdował się budynek straży granicznej, do którego powinniśmy zajść po zgodę na przejście szlakiem granicznym. Decydujemy się jednak iść dalej licząc na szczęście. Po kolejnej godzinie zaczyna padać.

Po chwili leje już solidnie, kierujemy się więc ku widocznym szałasom. Po dojściu okazuje się, że nie mieszkają tam jak myśleliśmy pasterze, lecz patrol straży granicznej. Zostajemy podjęci śniadaniem i herbatą. Po chwili deszcz ustaje, i po wykonaniu pamiątkowych zdjęć ruszamy dalej. Droga wiedzie ciągle w górę doliny klucząc. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Kilkukrotnie leje jak z cebra po czym się rozjaśnia. Chwilami musimy się zatrzymywać w przydrożnych szałasach. Po 16:00 jednak zza gór odzywają się złowrogie pomruki. Chwilę później burza jest już całkiem blisko. Decydujemy się nie kontynuować trasy w dniu dzisiejszym. Andrzej zostaje w namiocie, ja zaś wracam kilkaset metrów do chaty leżącej przy drodze. Okazuje się być w budowie, i jest niemal pełna turystów różnych narodowości. Burza mija, i na sam koniec wieczoru możemy znów podziwiać oświetlone zachodzącym słońcem i przyprószone świeżym śniegiem czubki czterotysięczników otaczających dolinę.