– Słuchaj, są śmieszne tanie bilety do Iranu na styczeń. Lecimy?
– e
– Ale, czekaj… Ukraińskimi liniami. To co…?
– Yyyy…
– Szybka decyzja bo może to błąd systemu, a może krótka promocja…
– Yyyy… No dobra, kupuj!

W dużym skrócie tak wyglądało podjęcie decyzji o tym wyjeździe. Bilety kosztowały 100$, i do końca wyjazdu nie dowiedzieliśmy się, czy był to błąd cenowy, czy jednak stała promocja… Iran do niedawna był wśród osób podróżujących symbolem kraju niedostępnego, nieco tajemniczego, ze skomplikowaną procedurą wjazdu, na pewno wartego odwiedzenia. Ostatecznie informacja o tym, że mniej więcej w tym samym czasie zostały zniesione sankcje gospodarcze wobec Iranu zdecydowała, że chórem stwierdziliśmy – teraz, albo nigdy!

Większości znajomych i rodzinie oszczędziliśmy informacji o szczegółach, wiedząc, że znajomość tematu jest mniej więcej taka jak w nagłówku. Gdy jeden z nas nieopatrznie pochwalił się w czasie wizyty u dentysty, gdzie wybiera się na urlop, za chwilę żałował tego, widząc błędny wzrok pani stomatolog trzymającej wiertło…

Dopiero później przyszła refleksja. Przecież mam w paszporcie pieczątkę z Jordanii. Z drogowego przejścia z Izraelem. Jasne więc, że byłem w jednym z dwóch najbardziej znienawidzonych przez przywódców Iranu krajów na świecie. Co więcej, każdy z naszej ekipy Izrael odwiedzał. Niektórzy kilka razy… Nastał więc wyścig z czasem. W dodatku miałem za chwilę zamiar się przeprowadzać, więc nastąpiła obawa, ze wymieniony paszport znów może stracić ważność. Nastąpiły więc anonimowe telefony do ambasady irańskiej w Warszawie (bardzo miła pani przy okazji odbiera), maile do polskiej ambasady w Teheranie, oglądanie pośredników załatwiających irańskie wizy oraz do urzędu wojewódzkiego. Tylko by wystąpić o wizę trzeba było mieć paszport. Uzyskane z tych źródeł najświeższe informacje przekonywały, że irańskie prawo nakazuje nie wydać wizy osobom, które przez ostatnich 12 miesięcy odwiedzały Izrael. U mnie było to półtora roku, ale przecież nigdzie nie było napisane, że „widzimisię” urzędnika nie uzna wcale, że nie ma nakazu wpuszczenia po ponad 12 miesiącach… Zaś ewentualna nieskuteczna próba uzyskania wizy na stary paszport i tak pewnie oznacza znalezienie się na czarnej liście i bezcelowość wymiany paszportu. A bilet przecież był już kupiony…

Ostatecznie zagraliśmy va banque. Wymieniłem paszport i z podejrzanie czystym i świeżym udałem się na nasze spotkanie w Berlinie. Wszyscy założyliśmy, że o wizę będziemy starać się na lotnisku dopiero (choć nasz MSZ tego odradza). Część z nas samochodem, część pociągiem dotarła do Niemiec i spotkaliśmy się na lotnisku. Ogromna niepewność, czy nie skończymy jak Tom Hanks w oczekiwaniu na samolot powrotny, ale z dużą dawką humoru. Były pewne obawy, jak nieznająca się część grupy zaakceptuje siebie nawzajem. Zwłaszcza, że każdy z polskiej części grupy ma ciężki charakter… Ale szybko okazało się, że złapaliśmy dobry kontakt i jakoś to było.

Niestety w samolocie rozsadzili nas z dala od siebie (na szczęście dla reszty pasażerów). Pracownik berlińskiego check-inu na nasz widok aż prawie wykrzyczał „Lecicie do Iranu? Ale jakaś promocja była czy co?”. W Kijowie okazało się, że nie tylko my wiemy, że tak. Była! I że w naszym samolocie było tylko z Polski 9 osób, które wpadły na ten sam pomysł 🙂

Na lotnisku Tegel

Na lotnisku Tegel

Niestety nie zobaczyłem własnego miasta z góry. Za to Berlin pięknie wyglądał. Można było rozpoznać każdy z charakterystycznych punktów. Przyjemnie było też oglądać Obrę, po której wyprawa kajakowa też została opisana na tym blogu. Od Poznania jednak chmury szczelnie przykrywały kraj aż do Strykowa. Warszawa świetnie wygląda znad Radomia 😛 Za Bugiem zaś widoczność spadła drastycznie i wylądowaliśmy w zimowych warunkach. W styczniu?! Dziwne, prawda 😀 ? 

Był jeszcze plan by w ciągu 7 – godzinnej przerwy wyskoczyć do Kijowa. Ale jednak nie odważyłem się ryzykować nieprzewidywanych zdarzeń. Z Borispola do Kijowa jest jednak kawał. Najszybciej dostać się można autobusem z przesiadką na metro. Jednak czy taka gonitwa dla 30-minutowego pobytu na Majdanie ma sens? I to zimą w kraju, na terytorium, którego toczy się wojna? Uznałem, że Iran ważniejszy. Spędziliśmy więc leniwie czas na lotnisku przekonując się, jak wielkim błędem było nieposiadania hrywien. Rzekomo w żadnym punkcie gastronomicznym nie działają terminale płatnicze. Ale przecież na niekorzystnie przeliczanym kursie euro pracownicy mogą dobrze zarobić.

iran107

Lecimy dalej!

Lecimy dalej!

Jak na bilety w cenie paliwa lotniczego, to jest nieźle ;)

Jak na bilety w cenie paliwa lotniczego, to jest nieźle 😉

Na lotnisku poznajemy Marcina, który zdecydował się na podróż do Iranu samotnie. Wieczorem wsiadamy do samolotu i po ponad 4-godzinnym locie lądujemy. Gdy startowaliśmy z Kijowa zaledwie jednak z kobiet miała zakryte włosy. A gdy tylko samolot dotknął podwoziem pasa startowego Iranki jak jeden mąż (no dobra, żona :P) przesunęły momentalnie chustę z szyi na głowę. I to już dużo mówiło o stosunku Irańczyków do religii i przepisów ichniejszego prawa. Jak się później okazało raczej słusznie.

Uprzejme przypomnienie ;)

Uprzejme przypomnienie 😉

Powietrze było przyjemnie, ciepłe, mimo późnej (a raczej wczesnej) pory. I teraz chwila o wizach. Procedura w chwili naszego wylotu była wciąż dość skomplikowana. Najpierw trzeba zdobyć tzw. numer referencyjny. Uzyskuje się go w jednej z licencjonowanych agencji i kosztuje różnie, ale trzeba liczyć, że ok. 30 euro. Dopiero zdobycie tego numeru pozwala na staranie się o wizę ze wskazaniem miejsca odbioru – ambasady bądź lotniska. Sama wiza zaś to wydatek kolejnych 50 euro. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że my ryzykując płacimy jedynie 50 euro 🙂 Wypełniliśmy przy tym wniosek na czarno-białej kartce będącej niedbałym kserem odbitym nierówno od niedbałego ksera 😉 Pamiętajcie, że pytają w formularzu o zawód (ponoć przedstawiciele niektórych profesji nie są mile widziani) oraz obowiązkowo należy wskazać adres, pod którym będziecie podczas pobytu w Iranie. Oczywiście wydaje się to oczywistą fikcją i bzdurą bo miejsce jest tylko na jeden adres i telefon. Ale niech Was to nie zmyli. Ponoć bardzo często celnik dzwoni do hotelu spytać czy macie rezerwację. Oczywiście chodzi jedynie o pierwszy nocleg, ale należy mieć go załatwionego wcześniej.

No i ubezpieczenie. Wykupiliśmy polisy w domu. Zresztą jak każdy w kolejce po wizę. I każdy z kolejki lądował w końcu przy drugim okienku żegnając się z kolejnymi 15 &eur; wzbogacając się o wypisane po persku drugie ubezpieczenie, rzekomo jedyne honorowane w Iranie. Razem z wydanymi paszportami (a staliśmy na szarym końcu kolejki), również dostaliśmy polecenie, aby udać się po zakup ubezpieczenia. Jednak… wydający je urzędnik zaraz potem zamknął okienko, i zniknął w czeluściach lotniska. Postanowiliśmy więc sprawdzić, czy podczas kontroli paszportowej będą sprawdzać, czy takowe wykupiliśmy. I… jak można się domyślać, pies z kulawą nogą nie interesował się, czy ubezpieczenie mamy, czy nie. Dumni z przechytrzenia systemu, po niemal dwóch godzinach od wyjścia z samolotu stanęliśmy w ogólnodostępnej części lotniska im. Chomeiniego.

Udało się!

Udało się!

Po odbiorze bagażu poszliśmy jeszcze do kantoru. A tam mieliśmy niezły ubaw. I teraz doskonale rozumiem co przed denominacją musieli myśleć obcokrajowcy przylatujący do Polski… Na lotnisku jest jeden kantor, ale ma bardzo dobry kurs, więc warto od razu wymienić więcej pieniędzy. A irańskie banknoty na awersie są w farsi (cyfry też), a na rewersie w literach łacińskich i cyfrach arabskich). Jest jednak wyjątek: 500 000 riali (czyli 50 000 tomanów) ma z przodu napisane ’50”. Rozumiecie? Nie…?! A to bardzo proste, ale… nie na początek 😀 Ale po kolei. Irańczycy tak bardzo nie cierpią własnej władzy, że… nawet nie uznają własnej waluty i wymyślili sobie inną. Jedyne pieniądze w użyciu to oczywiście legalne i oficjalne riale. I wszyscy ich używają. Tyle, że operują wymyślonymi tomanami. 10 riali = 1 toman. Niby proste, ale jak ktoś mówi Ci, ze masz zapłacić 15 000, a Ty dajesz mu 200 000 mówiąc „proszę o to 20 000” i ten ktoś wydaje Ci 50 000 mówiąc „proszę, 5 000 reszty” to początkowo jest to naprawdę skomplikowane i zabawne.

Wracając jednak do kantoru to podziwiam pracujące tam kobiety. Każdy turysta dostawał pęczek banknotów związanych gumką – recepturką. I każdy jeden wracał po chwili z reklamacją, że panie go oszukały. A one cierpliwie tłumaczyły, rozkładały stosik, pokazywały i liczyły. Środek nocy, kolejka, a one tyle cierpliwości i życzliwości miały! Wyobraźcie sobie, że przychodzi do Was do pracy jakiś Amerykanin, Japończyk czy Kanadyjczyk i w pierwszej godzinie pobytu w naszym kraju zarzuca oszustwo… Każdemu by puściły nerwy… A z czego brał się błąd? Wróćmy do banknotu 500 000 riali, który z przodu ma 50. Każdy dostawał około stu banknotów i gdy je liczył to 500 000 traktował jako 50…

iran104

A co do samych banknotów to pamiętacie dlaczego dokonano ataku na paryską redakcję „Charlie Hebdo”? Wydawać by się mogło, że w muzułmańskim kraju karykatury Mahometa nie zobaczymy. A zobaczyliśmy ją jeszcze na lotnisku na… pierwszym trzymanym w ręku banknocie. „Szacunek” dla pieniędzy jest szokujący. Ciężko spotkać czysty, nieporysowany czy niepopisany pieniądz. Wygląda to mniej – więcej tak, jakby idąc na zakupy listy zakupów nie zapisywało się na kartce, w komórce, na paragonie, a na… banknocie. I to w języku perskim 😉

iran105

Zmęczeni opuszczamy lotnisku i taksówką dojeżdżamy pod nasz adres. Najpierw jedziemy autostradą przez przedmieścia (lotnisko jest 60 km dalej), a potem rzucamy oko na nocny Teheran. Niewiele widzimy, ale już mamy dwa spostrzeżenia – duży ruch jak na środek nocy i już wyraźnie widać, że przepisy ruchu drogowego to coś co istnieje ponoć na papierze 😉 Docieramy na nocleg, dzwonek do drzwi. Otwiera jakiś Japończyk w pidżamie i zaspany natychmiast schodzi na dół, a my za nim. Rozkładamy się na betonowej podłodze na dywanie i kładziemy się w jakiejś sali. Ale o tym już w kolejnym odcinku 😉