Dzisiejszy wpis ma wartość już nie turystyczną, a historyczną. Trasa kolejowa, którą jechaliśmy, od grudnia 2016 r. jest zamknięta. Ostatni pociąg wyruszył w trasę 11 grudnia 2016 roku, i został nazwany okolicznościowo „Ostatnim Leniwcem”. W przyszłości trasa ta ma zostać wyremontowana, a zamiast pociągów kursują obecnie autobusy, które trasę pomiędzy stacjami pokonują przeszło dwa razy szybciej niż pociąg. Nam jeszcze udało się przejechać tę trasę pociągiem! Spytacie, a jakiż tu powód do radości? No to poczytajcie!

Trasa kolejowa Doliną Bobru ma dopiero lekko ponad sto lat. Powstała dość późno bo wiedzie przez słabo zaludnione tereny, zaś ukształtowanie terenu czyniło tę budowę kosztowną. Jednak sam Lwówek Śląski zyskał połączenie jako rekompensatę za przeniesienie jednostki wojskowej do Legnicy. Jak widać już w XIX wieku lobbing miał się bardzo dobrze i musiano liczyć się ze społecznościami, które miały rozbudowaną świadomość tożsamości lokalnej. Interesujący nas odcinek do Jeleniej Góry – mimo tego, że był ekonomicznie najatrakcyjniejszy powstał najpóźniej z wszystkich wychodzących ze Lwówka. Właśnie z uwagi na koszty budowy i problemy, z jakimi musieli zmierzyć się inżynierowie.

Łukasz odbiera mnie rano na dworcu w Strzegomiu. To jedno z najstarszych miast na terenie Polski z górującym nad nim wygasłym wulkanem jest kompletnie puste. Ale w końcu co można robić na obrzeżach miasteczka o 7.00 w niedzielę? Z rozrzewnieniem patrzę na szczyt, ale nie po to tu jesteśmy. Spieszymy się do Jeleniej Góry.

Tam parking przed dworcem szczelnie zapełniony, więc parkujemy sporo dalej. Idziemy do kasy i na peron 1a. Tam naszą uwagę przykuwa stara zwrotnica. Sam peron jest przed remontem, więc też można obejrzeć sporo historycznych urządzeń. Zastanawiamy się ile osób zdecyduje się na tę desperacką podróż z nami? Będziemy sami…? Pociągi kursowały na tej trasie… jedynie w weekendy, a to już pokazuje, że nie ma tam „stałych klientów”. Ku naszemu zaskoczeniu – im bliżej odjazdu, tym więcej ludzi na peronie – grupa harcerzy, wycieczka emerytów z jakiegoś kółka turystycznego, małżeństwo z dzieckiem, trzech młodych mężczyzn i jeszcze kilka innych osób. Gdy podjedzie szynobus wszyscy znajdą miejsca siedzące, ale frekwencja robi wrażenie.

Zaraz ruszamy w trasę.

Planowo pociąg wytacza się ze stacji i… już nie przyspiesza. Tylko momentami dobija do magicznych 30 km/h tłukąc się większość trasy w tempie przeciętnego rowerzysty. Początek trasy zawodzi – jedziemy wzdłuż zaniedbanych i opuszczonych terenów poprzemysłowych, oddalamy się od torów do Szklarskiej Poręby i…wjeżdżamy w jakieś krzaki. W tle widać ośnieżone Karkonosze. Mijamy stawy hodowlane i tam zaczynają się widoki. Otwarte przestrzenie, lasy, i tak aż do Jeziora Pilchowickiego. Sztuczny zbiornik na Bobrze powstawał równolegle z budową linii kolejowej. Największym smaczkiem jest przejazd na wysokim moście nad jednym z odgałęzień zalewu. Nad jeziorem wysiądzie większość osób i dalej podróż będzie iście kameralna.

Nad Jeziorem Pilchowickim

Lądujemy w kabinie maszynisty 🙂 Najpierw nieśmiało wstawiamy aparaty przez uchylone drzwi. Potem już jawnie zaproszeni przez mechanika stoimy mu na plecach. W środku ciasno, więc co chwila zamieniamy się pozycjami. (oprócz prowadzącego, oczywiście) A że dalej trasa wije się wzdłuż zalewu, a potem Bobru i pokonuje wzniesienia trzema tunelami było co oglądać. Wyprzedzamy kajakarzy zastanawiając się komu ta mijanka sprawia większą frajdę. Bo i oni i my widać, że bawimy się znakomicie pozdrawiając się wzajemnie. Obserwujemy też jak sarny uważające, że łąka po drugiej stronie torów jest bardziej soczysta, przebiegają tuż przed powoli zbliżającym się składem. Jak pierwsza ruszy to reszta widząc pociąg pędzi za przewodnikiem, a uważa się za bezpieczną bo… każda kolejna pokonuje tory coraz większym łukiem sądząc, że w ten sposób oddali się od pociągu.

Po drodze jeszcze jeden smaczek – stacja Pilchowice Nielestno. Tak, wiem, że ta nazwa większości czytających nic nie mówi, ale po przyjeździe budynek wydaje się dziwnie znajomy… Tę urokliwą stację upodobali sobie filmowcy. Między innymi właśnie tu nakręcono pierwsze sceny cyklu „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Obowiązkowe zdjęcia (konduktor ma cierpliwość 😉 ), piękny most nad Bobrem i suniemy dalej. Po wyjechaniu z tunelu we Wleniu na szczycie wzniesienia po lewej widać wieżę ruin przepięknego zamku…

Długa podróż mija szybko i niestety dojeżdżamy do stacji końcowej. Na koniec wszyscy pasażerowie śmieją się do rozpuku. Maszynista przez radio łącząc się z dyżurnym ruchu we Lwówku wita go słowami „Express z Jeleniej prosi o zezwolenie na lądowanie”. Skądinąd bardzo miły maszynista przyznał po drodze, że lubi tę trasę, ale jazda w tym tempie jest tak frustrująca, że po trzecim dniu służby na tej relacji człowiek ma myśli samobójcze. Niby żartuje, ale widać, jak człowieka kolei boli, że przez lata nikt nie przejmował się degradacją jednej z najbardziej widokowych tras w kraju.

Wysiadamy. Jedyny pociąg wraca po 2,5-godzinnej przerwie, idziemy więc „na miasto”, a kolejarze idą uderzyć w kimono 😉 Lwówek to kolejne miasto otoczone murami miejskimi, na odbudowę którego zabrakło środków lub chęci. Przepiękne stare kościoły, kamienice, baszty i stary budynek browaru są przemieszane z bloczkami z lat 60-tych XX w. Wygląda to komicznie.

Ratusz

lwówek ślaski

Baszta Bramy Lubańskiej

height=”411″ class=”size-large wp-image-13306″ /> Wnętrze kościoła Wniebowzięcia NMP[/caption]

Architektura bardziej nowoczesna…

Ponieważ jest jeszcze czas do odjazdu postanawiam udać się na Płakowice. Dołączoną przed 17 laty do Lwówka wieś oddaloną od centrum o 3 km znaną głównie z pałacu. Mało osób wie jednak o ciekawej historii związanej z tym miejscem. Po wojnie koreańskiej przebywały w tym miejscu sieroty z Korei Północnej. W 1953 r. pokonały całą trasę koleją. Po sześciu latach dość niespodziewanie Kim Ir Sen zażyczył sobie ich powrotu. Dzieci przebywały w dawnych pomieszczeniach szpitala psychiatrycznego. Początkowo nieufne, zindoktrynowane niemal dzikie zżyły się z nauczycielami, nauczyły polskiego i w rozpaczy wracały do swej ojczyzny. Uczyły się w sąsiedniej podstawówce.

Obok stoi piękny pałac. A raczej dwa. Tylko, że jeden w kompletnej ruinie… Do ruiny doprowadzono go ponoć już po wojnie… Ten zadbany obiekt należy już od przeszło 30 lat do baptystów. Same Płakowice zadziwiają architekturą. To zadbana niemiecka wieś. Człowiek patrząc na schludne obejścia „mieszczan” (w końcu to dzielnica Lwówka Śl. już) ma wrażenie jakby był po drugiej stronie Nysy Łużyckiej…

Nasz ekspres przygotowany do powrotu.

Wsiadamy do pociągu powrotnego. Wracamy w podobnym gronie, więc podróż mija na wzajemnych rozmowach. W końcu doturlamy się do Jeleniej Góry. To jednak jeszcze nie koniec dnia. Zanim pojedziemy na zachód, jeszcze na chwilę odwiedzimy inne ciekawe miejsce.