Kilka dni temu wróciłem z krótkiej wycieczki do Stambułu. Już samo położenie po obu stronach cieśniny Bosfor, która rozdziela Europę i Azję czyni to miasto wartym zwiedzenia, jednak jego historia, ilość zabytków i śladów różnych kultur powoduje, że ten wyjazd zostanie na długo w naszej pamięci. Do tego wyjątkowego miasta dostaliśmy się liniami Wizzair. W wycieczce brał udział Mateusz, którego poznałem podczas wycieczki do Bergamo.

W ten sposób pośrednio uczciliśmy dziesięciolecie tej linii, gdyż bilety zostały nabyte w jednodniowej promocji „drugi bilet gratis”, która zorganizowana była w dniu dziesiątej rocznicy uruchomienia pierwszego połączenia. Wybraliśmy lot z Budapesztu, który oddalony jest niewiele ponad 400 km od Katowic. Przy niskich cenach gazu, i zabranych pasażerach poprzez serwis Bla Bla Car dojazd do stolicy Węgier wyszedł naprawdę tanio. Sześć i pół godziny w samochodzie minęło bardzo szybko, i o 6:00 zameldowaliśmy się w Budapeszcie. Po wysadzeniu naszych gości (tutaj trzeba dodać, ze był to niezły wstęp do tureckiej przygody, ponieważ nasi towarzysze pochodzili…. właśnie z Ankary i Stambułu!) udaliśmy się na szybkie zwiedzanie – samolot mieliśmy dopiero o 11:00, zatem mieliśmy niemal trzy godziny na spacer po mieście. Spacerując wzdłuż Dunaju doszliśmy do Mostu Łańcuchowego, i dalej wdrapaliśmy się na wzgórze zamkowe w Budzie.

Wzgórze zamkowe w Budzie
Dojazd na lotnisko i parkowanie miałem już przećwiczone podczas zeszłorocznego wyjazdu do Izraela. Niedaleko od lotniska znajduje się wiele niedrogich parkingów. Za 4 dni parkowania zapłaciłem 4700 HUF, czyli 63 zł.
Sam lot bez najmniejszych przeszkód, po nocnej jeździe niemal cały przespany. Obudziłem się, gdy samolot rozpoczął zniżanie nad Morzem Marmara. Sam Stambuł nieco przymglony nie był dobrze widoczny, przelecieliśmy za to tuż nad jednym z celów naszej wycieczki – Wyspami Książęcymi. Mimo, że w Stambule mieliśmy spędzić jedynie 3 dni, pół dnia zaplanowaliśmy właśnie na plażowanie na jednej z wysp.

Adalary
Wizy wyrobiliśmy przed wyjazdem przez internet. Podczas kontroli paszportowej wystarczyło pokazać wydruk e-wizy. Stambuł przywitał nas upałem. Zakupiliśmy karty uprawniające do przejazdu komunikacją, i wsiedliśmy do autobusu E10, który miał nas zawieźć do przystani na azjatyckim brzegu Bosforu. Pomimo, iż widziałem wcześniej na mapie odległość lotniska od centrum miasta, to dopiero jadąc niemal półtorej godziny autobusem uświadomiłem sobie ogrom tego miasta. Przez niemal kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy przez miasto. Szerokie ulice, wieżowce, bloki nawet na chwilę nie dały poznać, że jesteśmy na przedmieściach, dokoła nas było regularna metropolia. Dwa dni później, gdy staliśmy na nabrzeżu, widzieliśmy bloki po europejskiej stronie majaczące na horyzoncie, pewnie w takiej samej odległości jak odcinek, którym jechaliśmy z lotniska. To miasto- gigant rozciąga się niemal na 100 kilometrów!

Sama podróż po mieście jest świetną przygodą, bo kolejnym środkiem transportu w drodze do naszego noclegu był prom. Aby się dostać z przystani Kadıköy do europejskiej części miasta należy wybrać właśnie ten środek transportu (od niedawna funkcjonuje jeszcze metro pod Bosforem). Rejs trwa około pół godziny, i jako, że jest kolejną przesiadką w podróży kosztuje w przeliczeniu jakieś… 2,50 zł. Najtańsza podróż międzykontynentalna ever! Wysiadamy u podnóża dzielnicy Beyoğlu. W tłumach osób przechodzących przez skrzyżowanie i nie zwracających uwagi na kolor świateł przegapiamy wejście do kolejki, która zawozi podróżnych na górę – wchodzimy więc pieszo, co kosztuje nas trochę potu. W końcu, po przekroczeniu turystycznej rzeki głów, jaką jest deptak İstiklal Caddesi docieramy do naszego niewielkiego pokoju. Mimo, że w linii prostej od İstiklal dzieli nas jakieś 200 metrów, jesteśmy w dzielnicy, w której życie toczy się swoim rytmem, i nie widać śladu skażenia masową turystyką.
Teraz czas na odpoczynek i zwiedzanie. Relacja z kolejnych dni już niedługo, tymczasem zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć.